Misjonarz w Peru – Wikariat Apostolski San Ramón

Ks. Tomasz Cieniuch

Kiedy w 2004 roku była na Ukrainie Pomarańczowa Rewolucja, ludzie stojący na Majdanie mieli w sercach nadzieję i pokój. W stalowe tarcze Berkutu wkładali kwiaty… W jakiś sposób uczestniczyłem w tamtych wydarzeniach. Otrzymali kolejny raz jakąś namiastkę wolności politycznej. Poradzili sobie z Kuczmą. Julia Tymoszenko była na fali i Wiktor Juszczenko został prezydentem. Wydawać by się mogło, że będą narodem szczęśliwym. Ale ich szczęście jest reglamentowane. Efektem jest obecna sytuacja na Ukrainie. Oni mają już dość. I nie dziwię się temu. Oni jeszcze nie mają wolności i dlatego domagają się jej. Jednak okazuje się, niestety, że to nie jest prawda, która ich wyzwala. Bo prawda ma budować  dobro. Prawda wyzwala do czynienia dobra. Niebezpieczne jest dla mnie to, że niektórzy chcą jeszcze coś przy tej tragicznej sytuacji ugrać. Mam tu na myśli nacjonalistów, których potocznie nazywamy banderowcami. Tego właśnie najbardziej obawiam się, ze ich dążenia niepodległościowe skądinąd ważne z ich punktu widzenia i recepcji historii, mogą (ale nie muszą) eskalować do poziomu z naszego punktu nie do przyjęcia. Powinni oni uczyć się od nas jak zdobywać wolność. To, co jest w Kijowie na Chreszczatyku nie powinno nigdy zaistnieć. Teraz Ukraińcy nie stoją tam z nadzieją i pokojem w sercach, tylko z desperacją i agresją. Boją się. Podpisana umowa pomiędzy władzą a opozycją jest tylko nikłą próbą złagodzenia początku domowej wojny na Ukrainie. Szkoda, że tak się stało, że zginęli niewinni ludzie. To jest tragiczne. Może być jeszcze gorzej, niestety. Trzeba się modlić, aby oni otrzymali Boże światło i Bożą prawdę. Ukraińcy wiedzą, że nie mogą się już wycofać z Majdanu Niepodległości. Gdyby to zrobili, straciliby wszystko. I szkoda, że nasza władza nie reaguje w żaden sposób na jawne prowokacyjne sygnały UPA wysyłane do nas Polaków.

Udostępnij

    Czas nieubłaganie płynie. Do wylotu zostały niecałe cztery miesiące. To nie jest raczej łatwy czas. To czas zmagania i nieustanne pytanie siebie i Pana, czy to jest właśnie to, co robię? Noszę w sobie doświadczenie jakiejś formy lęku, może raczej obawiam się o przyszłość.To jest podobne do myślenia św. Piotra, kiedy powiedział do Pana Jezusa: „Nie przyjdzie to na Ciebie…” Riposta Jezusa była jedna: „Zejdź mi z oczu szatanie!” Też często ten swoisty – jeśli mogę użyć tego słowa egzorcyzm, powtarzam. Chyba w każdym z nas dokonuje się taka metamorfoza duchowa. Odkrywam taką zależność, ze kiedy  modlę się w naszej kaplicy, lub gdzieś w innym miejscu o umocnienie wiary i miłości we mnie, to przychodzi pokusa zwątpienia. To przeplata się jakoś we mnie, w mojej duszy. Ale przychodzi pocieszenie i Pan daje swą łaskę. Tak więc, walczę, walczymy o miejsce Jezusa w naszym życiu, w naszych wyborach. On zwycięża. Jest blisko. Jest bardzo blisko! I za to Mu dziękuję… Takie lęki i obawy nie paraliżują lecz pobudzają do duchowego i intelektualnego działania. I to jest fajne, bo nie ma stagnacji. W duszy gra!

    Wczoraj podjąłem decyzję o przeprowadzce z czwartego na trzecie piętro. Dołączyła do naszego kursu jeszcze jedna osoba. Cieszę się, że mogę jakoś pomóc. Zamieszkałem u Rafała, mojego kolegi, z którym będę w San Jose del Amazonas, czyli w naszym miejscu posługi misyjnej.

    Misje nas kręcą! Ciągle śledzimy wydarzenia z Afryki i oczywiście z naszego Peru. Mogę polecić fajnie pisany blog naszego kolegi, który pracuje w Iquitos: http://www.pablostanios.blogspot.com

    Robię dla niego reklamę, bo będę niedaleko do Iquitos. Może daleko? Jeszcze tego nie wiem…

    Chciałbym podziękować tym osobom, które podjęły PATRONAT MISYJNY nade mną. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo wiem że moi patroni szczególnie o mnie pamiętają. Bóg zapłać! Jest taka zakładka: PATRONAT MISYJNY, więc zachęcam do poczytania.

    Udostępnij

      Przedwczoraj pojechałem, jak zwykle w poniedziałek, zaszczepić się. Wszystko przebiegło sympatycznie, szybko i bezboleśnie. Wróciłem do domu, zadowolony i pełen wigoru. Noc przebiegła spokojnie, jak prawie każda… Kiedy obudziłem się rano, poczułem ból głowy. Niskie ciśnienie – pomyślałem sobie i jak zwykle miałem przed sobą kolejny piękny dzień… Piękno dnia skończyło się po wypiciu porannej kawy przy śniadaniu. Łeb naparzał jeszcze bardziej! Zacząłem się zastanawiać, co się ze mną dzieje? I tak przetrwałem do obiadu. Po nim, pojechałem na małe zakupy, a ze mną coraz gorzej się działo. Kiedy wróciliśmy (nie byłem sam), na naszej ulicy z megafonu rozlegał się tubalny głos: „Mieszkańcy ulicy Byszewskiej, za pół godziny zostanie odcięta woda z powodu awarii!” Kilkakrotnie powtarzali ten komunikat. Kiedy wszedłem do naszej kuchni, nasz ks. dyrektor napełniał wodą dwa duże garnki, więc zacząłem pomagać Mu w tej czynności. W końcu dyrektor zajął się przygotowywaniem kolacji, a ja…nalewałem dalej wodę dosłownie do wszystkich garnków i garów. Finalnie, do dwóch plastikowych beczek (każda po 110 litrów). Uzbierało się tego trochę w tej naszej domowej kuchni… W chwili, w której dolewałem wody do ostatniej beczki, nasz ks. dyrektor oznajmił, że „alarm odwołany!” Taki mały psikus warszawskich hydraulików… Rzeczywiście rura pękła i odcięli tylko część budynku od H2O. I całe szczęście! Zapomniałem nawet, że mnie głowa bolała. Nie ukrywam, że trochę się zmęczyłem, ale czego się nie robi dla sprawy! Potem zjadłem kolację i się zaczęło na dobre… czułem, że mnie coś bierze. Położyłem się do łóżka ok. godziny 19.00. Serum zaczęło działać! Na zmianę dreszcze i poty i tak do drugiej w nocy. Potem zasnąłem jak osesek. Dziś rano wstałem jak gdyby nigdy nic. Różni ludzie różnie mówią, ale ja wziąłem szczepionkę przeciw meningokokom. Tak na wszelki wypadek, żeby nie było to i tamto. Dlatego tak mną trzepało i zalewały mnie poty… Dzięki Panu Bogu jestem zdrowy i ciągle gotowy do wyjazdu!

      Natomiast foto garów jest w galerii…

      Udostępnij

        „Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.” (Mk 3,13-19)

        To fragment Ewangelii, którą dziś czytaliśmy w liturgii Mszy św. Znam ten urywek dość dobrze. Jednak ilekroć czytam go, zastanawiam się, co w nim jest szczególne dla mnie? Szok, zadziwienie, osłupienie, przyjaźń? Moje osobiste doświadczenie Słowa: „…przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego.”  Oni pozwolili Mu wybrać się. Jezus jest taki delikatny i subtelny i jednocześnie konkretny! Bóg jest konkretny. W tym całym zamieszaniu, różnych sprawach, obowiązkach lepiej czy gorzej spełnianych, On „sam” wybiera.

        Tutaj, w CeFoMie jest sporo czasu, żeby słuchać i usłyszeć i uczyć się odwagi. Pozbywać się lęków i wątpliwości. Nie pojadę na misje, jeśli nie będzie we mnie tego, że On „sam chciał i oni przyszli do Niego”, bo bez Jego wyboru nie będę w stanie nic zrobić. Wszystko będzie jałowe. Bez błogosławieństwa.

        Im bliżej końca przygotowań, tym większy ogarnia (tak po ludzku) strach. To nie jest tak, że siedzimy sobie w idealnych warunkach. Tu rozgrywa się walka. Taka duchowa walka o Jego i nasz wybór. Każda nasza Eucharystia, każdy sakrament spowiedzi, każda – choćby najkrótsza modlitwa – jest odpowiedzią na Jego wybór. Po ludzku, bywają chwile, że człowiek „wymięka” i myśli czy to wszystko ma znaczenie i sens. Ale cały czas Jezus jest i mnie i innych w tym domu „sam” wybiera. I dla mnie jest to taki punkt odniesienia. Z każdym dniem uświadamiam sobie kim jestem dla Jezusa i co dla Niego chcę zrobić. Samo życie!

        Udostępnij

          Dwa dni temu minął półmetek naszego przygotowania do wyjazdu na misje. Taki mały przełom. Życie nabiera tempa. Rozpocząłem szczepienia ochronne: WZW A+B, tężec, błonica, polio, dur brzuszny (tyfus), żółta gorączka (febra), wścieklizna, gruźlica, meningokoki… Oczywiście nie wszystkie naraz! Jest tego trochę. Przede wszystkim trzeba się zaszczepić jeszcze większą wiarą i zaufaniem do Pana Jezusa. To nie jest pobożne życzenie, ale rzeczywistość wiary. Bez tego elementu wszystko traci na znaczeniu i gubi się sens misji!

          Dziś w naszej kaplicy domowej, w ramach przygotowania językowego, odprawialiśmy Mszę św. po hiszpańsku. Przewodniczyłem i powiedziałem krótkie kazanie (oczywiście wcześniej przygotowałem przy pomocy naszej konwersatorki). Ciekawe doświadczenie. Każda Msza św. jest taka sama, a jednak zawsze inna… Szczególnie, gdy sprawowana jest w innym języku. Ważne, żeby rozumieć samemu, co się czyta i mówi. Oczywiście zapomniałem jednego zwrotu. Wyleciało mi z głowy, ale pomogła nasza pani Ewa, która uczy nas hiszpańskiego od samego początku. Taki mały, permamentny udział wiernych świeckich w liturgii. Niby na zewnątrz byłem opanowany, ale małego stresa miałem. I chyba nie tylko ja.

          Udostępnij

            Można się pogubić w tej hiszpańskiej gramatyce, ale już lepiej w niej jak w życiu. Przychodzi mi taka refleksja, że jeśli jest we mnie ogromna determinacja do nauki języka, to powinna być jeszcze ogromniejsza do budowania relacji z Bogiem… Przecież On jest tak blisko mnie! Jeśli ja jestem blisko Niego, to się nie pogubię nawet w tych gramatycznych zawiłościach języka hiszpańskiego. Być w Nim, być blisko Niego, to więcej znaczy niż cokolwiek innego. Wydawać by się mogło, że wszystko jest takie proste, a jednak ciągle do tego dojrzewam, by w Nim być, tak jak On jest we mnie za każdym razem, gdy przyjmuję Eucharystię. Fajnie jest być blisko Pana Boga! nawet samotność nie jest taka samotna i On zapełnia wszystkie pustki, tęsknoty, pragnienia.

            Dzisiaj od rana w Warszawie sypie śnieg. Świat stał się bardziej kolorowy. Jakby jaśniej się stało. Kiedy ma się świadomość, że to chyba ostatnia zima, którą się przeżywa w kraju, jakoś inaczej ją się postrzega. Jest po prostu inna. Nie wiem, kiedy będzie następna w Polsce… Dowiedziałem się, że teraz w Iquitos (na końcu świata – tak określiła to miejsce nasza konwersatorka) jest 39 st. C., czyli po hiszpańsku: hace muy calor!

            Udostępnij

              Dziś, na całego ruszamy w naszej hiszpańskojęzycznej grupie. Msza święta w języku hiszpańskim i kazanie także. Czekam na swoją kolejkę… Ciekawe doświadczenie.

              Cały nasz dom jakoś szczególnie jest ożywiony w tych dniach. Możliwe, że przez podział na grupy językowe, bo siedzimy przy osobnych stołach w jadalni. Każdy gdzieś podskórnie czuje, że już blisko koniec, bo jeszcze cztery miesiące przygotowań w CeFoMie.

              Dzisiaj mamy też  kolędę. Nawet pokój posprzątałem(?). Jest radość!

              Udostępnij

                Przyjechała już do nas Erika. Jest konwersatorką języka hiszpańskiego. Pochodzi z Limy w Peru. Będzie pełna kontrola jakości i ogromna pomoc w nauce. Koniec obijania się! Co nie znaczy, że nic nie robiłem do tej pory jeśli chodzi o naukę hiszpańskiego.

                Życie toczy się normalnie, ale w języku latynoamerykańskim…

                Udostępnij

                  Chociaż kończy się piękny czas Bożego Narodzenia, chociaż minął Sylwester, to ja mam taki mały adwent… czekanie na wylot do Peru. Twórcze czekanie. Cztery miesiące przygotowań: oswajanie się z myślą, że to już niedługo, więcej modlitwy, nauka hiszpańskiego, szczepienia ochronne, myślenie o bagażu, zakup biletu na samolot, testament…(na wszelki wypadek). Taki mały adwent.

                  Udostępnij

                    Mieszkam teraz w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Niedawno jeszcze mówiliśmy, że przed nami dziewięć miesięcy przygotowań do wyruszenia w różne strony świata. Teraz dociera powoli myśl, że już tylko niecałe pięć miesięcy bycia razem w naszym domu i… na misje. Ktoś niedawno powiedział mi, że ten rok jest przełomowy w moim życiu. I ma rację. Wszystko się zmieni.. Jednak świadomość, że stajemy się misjonarzami i misjonarkami Jezusa pozwala pokonać obawy i lęki związane z wyjazdem z kraju. I chyba nie są ważne pytania dlaczego jedziemy, dlaczego tak daleko, dlaczego na tak długo? Ale ważne jest pytanie: jak? Jak najlepiej wypełnić to, co Pan Bóg składa w nasze serca? Jak wykorzystamy to, co proponuje dla nas Jezus?

                    Udostępnij