Misjonarz w Peru – Wikariat Apostolski San Ramón

Ks. Tomasz Cieniuch

Po pobycie w Limie nadszedł dla mnie czas zmiany miejsca pobytu. Czasowo, bo tylko na około sześć tygodni zatrzymałem się w Iquitos. To miasto nazywane jest „wrotami do dżungli”. Kiedy z Limy wylatywałem w sobotę samolotem do Iquitos niemałym opóźnieniem, bo trzydziestominutowym, o godzinie 17.30 zająłem miejsce na pokładzie linii lotniczych LAN. Lubię siedzieć przy oknie i też tak siedziałem. Niebawem stało się na zewnątrz ciemno i ponuro. W Peru godzina 18.00 oznacza, że wchodzi się w noc. Szybko staje się ciemno. Ta ciemność nie trwała jednak długo w samolocie, bo po przekroczeniu pułapu chmur rozpościerał się przepiękny widok. Tak jakby wstawał nowy dzień. Piękny świt poranka. Brzask nowego dnia. Z innej strony ta świadomość, że to zachód słońca, że dzień się chyli, że gdzieś tam na dole jest już ciemno… Jednak ten blask zachodzącego, czy wschodzącego słońca przypomina mi o jednym: „Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności”. Byłem ponad górami. Ponad chmurami. Byłem bliżej słońca. Całe stworzenie jest piękne, bo Pan Bóg jest piękny. Całe stworzenie jest dobre, bo Pan Bóg jest dobry. Całe stworzenie jest prawdziwe, to na które patrzymy, bo Pan Bóg jest prawdziwy.
Nareszcie! Samolot dotknął płyty lotniska. Wylądowałem w Iquitos. Pierwsze wrażenie? W chwili wychodzenia z samolotu, to tak jakbym otworzył drzwi do sauny. Uderzenie ciepła i wilgoci. Na lotnisku czekała na mnie Gabrysia (wspominałem już o Niej). Opuściliśmy teren lotniska, by „motocarro” pojechać do domu. Jest to bardzo specyficzny pojazd. Rodzaj rikszy. Poza lotniskiem jest dużo taniej. Za utargowane dziewięć nowych soli, więc w przeliczeniu prawie dziesięć złotych, pojechaliśmy do domu naszego wikariatu. Po drodze był wyścig z innymi „motocarro”, kilkukrotne łamanie przepisów drogowych z jazdą na czerwonym świetle na przykład. Tak się jeździ w Iquitos. Samochodów nie ma dużo. Zasadniczo „motocarro” i skutery oraz motocykle.
Po jechaliśmy coś zjeść. Tak się napchałem kurczaka, frytek i ryżu, że nie mogłem w nocy również przez to spać. Było bardzo ciepło. Pierwsza noc w Iquitos nieprzespana. Przez zmianę klimatu. Taki bardzo szybki przeskok z zimy do lata. Właściwie w tej części Peru nie ma pór toku. Jest zawsze ciepło. Przed snem wziąłem prysznic. I zanim się położyłem, znów byłem cały mokry.
Właśnie w tej chwili, gdy siedzę na werandzie i piszę, obserwuję jak mały koliber zbiera kwiatowy nektar – fajne to jest! To, czego się człowiek dowiadywał i uczył na lekcjach biologii, teraz można zobaczyć na własne oczy.
Na drugi dzień, w niedzielę spotkałem się z ks. Pawłem Staniosem. Sprawowaliśmy razem Eucharystię w Jego kościele. Jest proboszczem w parafii pw. św. Antoniego z Padwy w Iquitos. W samym milionowym mieście jest dziewiętnaście parafii. Kilka z nich obsługują księża z Polski. Wszyscy są z diecezji płockiej. Pracują tutaj niektórzy z nich już długo.
Kiedy się jakoś oswoiłem z nowym miejscem, zacząłem zapoznawać się z osobami, które pracują w naszym wikariacie. Przylatują lub częściej przypływają do Iquitos, żeby załatwić jakieś sprawy związane najczęściej z pracą w punktach misyjnych. Również ja, podjąłem przy pomocy jednej sekretarki starania o rozpoczęcie kursu na motorniczego barki. Okazało się jednak, iż nie mogę teraz, bo kurs jaki miał się rozpocząć końcem lipca jest dla kandydatów na kapitana. Nie jestem Peruwiańczykiem i kapitanem być nie mogę. Ostatecznie muszę poczekać na swój kurs do września najprawdopodobniej. Kilka lat temu zrobiłem patent na sternika motorowodnego. Ale Peru nie ma podpisanej żadnej umowy z Polską, więc w tych warunkach jest nieważny. Tu w Peru wydają każdej osobie pełnoletniej taki dokument bez żadnego problemu i bez żadnego kursu, więc w ciągu zaledwie dwóch dni otrzymałem takowy, odpowiednik tego europejskiego. Fajnie, bo przynajmniej to mam z głowy! Mogę spokojnie pływać małą łodzią motorową, lub inną – nawet z wiosłami. Dziękuję dobremu Panu Bogu za każdy dzień, który mi daje przeżyć w nowej i zupełnie innej rzeczywistości jaką jest Peru.

Z bardzo krótkiej perspektywy czasu, bo zaledwie kilku dni od momentu opuszczenia stolicy Peru, mogę powiedzieć, że pobyt w Limie był bardzo owocny. Samo życie w wielkim mieście jak dla mnie nie jest tak fascynujące. Odnoszę wrażenie, że wszystkie duże miasta mają wiele wspólnego. To nawet nie jest wrażenie, a raczej fakt. Zachodzi jednak pewna różnica. Dotyczy to sposobu funkcjonowania. Egzystencji ludzi. Chociaż problemy są jednakowe, to jednak sposób ich rozwiązywania jest trochę inny. Z moich skromnych obserwacji dostrzegłem sporo pozytywnych momentów, zdarzeń. Przy mojej jeszcze słabej znajomości chociażby języka hiszpańskiego, czy raczej tu w Peru, Castellano. Gdy rozmawiałem z przygodnymi osobami, okazywali wobec mnie ogromną życzliwość i gotowość pomocy. Zderzyłem się z peruwiańską biurokracją, bo ponad miesiąc (a to jest niedługo!) załatwiałem carné de extranjería, czyli karnet obcokrajowca. Jest to dokument pozwalający swobodnie poruszać się w Peru. To taki rodzaj dowodu osobistego. W limie doświadczyłem tak zwanej „hora peruana” – godziny peruwiańskiej. Polega na tym, że ktoś umawia się na konkretny czas, ale nie oznacza to, że to jest ten konkretny czas. To uczy cierpliwości. Kolejna zasada, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kto jeździ motocyklem, to dobrze rozumie co to znaczy. Na każdym skrzyżowaniu stoi policjant lub policjantka. Kierują ruchem. I dobrze, że kierują, bo inaczej człowiek mógłby stać na przejściu la pieszych nawet dwadzieścia minut i nie mógłby przejść przez jezdnię, nawet gdy zapali się dla pieszych zielone światło. Ciekawe zajęcie mają policjanci. Stoją tak na skrzyżowaniu i gwiżdżą gwizdkiem i machają pałką praktycznie non-stop. Że też ich usta nie bolą? Dom naszego wikariatu w Limie znajduje się przy dość ruchliwym skrzyżowaniu ulic, więc hałas jest cały czas. Jednego czwartku, czekając na znajomych w centrum miasta, przy La Plaza Mayor, byłem świadkiem pewnego zdarzenia. Otóż wokół tego placu jeździł wóz opancerzony z armatką wodną. W naiwności swojej myślałem, że to jest jakaś impreza lokalna, jakiś pochód , defilada będzie… Dużo policji stało, uzbrojonej po zęby. Okazało się niebawem, że ludzie zaczęli szykować się do demonstracji antyrządowej. W pewnym momencie przy skandowaniu tłumu, policja zaczęła lać wodą tych demonstrantów i spychać w boczną ulicę. Zatrzymano ruch samochodów, żeby opanować demonstrujących obywateli. Dla mnie to był taki mały obrazek ze stanu wojennego u nas. Turyści natomiast stali, lub chodzili przyglądając się, co się dzieje. Innym razem w niedzielne południe przed naszym domem, ulicą przeszła inna demonstracja, a raczej taki pochód zwolenników jakiegoś kandydata na „alcalde”, to ktoś w rodzaju burmistrza, lub może też radnego. Taki mały pochód z orkiestrą nawet i skandowanymi sloganami, jak zawsze w takich defiladach bywa.
Była też jedna zabawna sytuacja, kiedy we trzech, to jest Grzesiek, Fernando i ja, poszliśmy na pizzę oczywiście do takiego miejsca gdzie serwują tylko pizzę. Takie same lokale, bardzo duże są w Polsce. Spytałem kelnerkę czy można zapłacić dolarami. Odpowiedziała, że tak, jak najbardziej. Kiedy przyszło do płacenia, a była już godzina zamykania lokalu, podałem jej dolary i okazało się, że nie przyjmie, bo to jest za duży nominał. Dałem sto, licząc przy tym, że mi rozmieni przy okazji. Powód jeden, że to jest fałszywka. Więc zrobiliśmy zrzutę soli i kiedy zatrzymaliśmy taxi, powiedziałem kierowcy, że mam tylko dziesięć soli i sto dolarów. Zawiózł nas za te dziesięć soli, chociaż normalnie powinno być dwa razy więcej.
W każdą niedzielę chodziliśmy z Fernandem do kościoła parafialnego św. Antoniego z Padwy, do franciszkanów. Z buta tylko kilka minut od naszego domu. Tu w Peru i w całej Ameryce Południowej Kościół przy wszystkich problemach, jakie ma jest bardzo żywy i aktywny. Widać w tych, co uczestniczą w Eucharystii wewnętrzną wolność. Nie widzą problemu, by animować śpiew, by czytać komentarze do liturgii słowa, by czytać czytania. Nie trzeba o to ich prosić, czytają nawet ogłoszenia parafialne. Wszyscy, którzy siedzą w ławkach też są bardzo zaangażowani w liturgię. Śpiewają głośno, odpowiadają na wezwania księdza. Nawet kazania słuchają bardzo aktywnie. Niektórzy kiwają głową, inni głośno się śmieją gdy ksiądz powie coś, co ich rozbawi, ktoś inny ucina sobie drzemkę w drugiej ławce przed mówiącym kazanie księdzem. Niektórzy widziałem, że nawet dyskutowali między sobą w trakcie kazania. I to jest dla nich takie normalne. Niektórzy się spóźniają na Mszę św. I prawie wszyscy przed Eucharystią rozmawiają, witają się, niektórzy robią sobie zdjęcia pamiątkowe, bo akurat jest ich Msza. Też się spowiadają. Jest to Kościół radosny. Rzeczywiście modlą się. I obowiązkowo po każdej Mszy św. ksiądz musi ich pobłogosławić i pokropić święconą wodą. Święcona woda jest bardzo ważna. Odnieść można wrażenie, że jest ważniejsza niż cała Eucharystia. Nie należy tego osądzać i oceniać, gdzie ludzie są bardziej wierzący, w Polsce, czy tu, w Peru. Oni mają swoją kulturę, zwyczaje, obrzędy, tradycję. Mają taką a nie inną religijność i pobożność. I dzięki Panu Bogu, że nasz Kościół jest Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski, a przy tym tak różnorodny w tej jedności.

Czekając ciągle na wizę skorzystałem z okazji, żeby pojechać na uroczystość poświęcenia nowego kościoła w Curcubambie (Surkubambie). Tu w Peru długie trasy pokonuje się środkami transportu publicznego typu autobus, samolot, barka. Jazda samochodem może być bardzo męcząca i nawet niebezpieczna. Więc wybraliśmy się wygodnym autobusem. Porównałem sobie jazdę na odcinku Warszawa – Wrocław (ok. 5 godzin) siedzenia w mało komfortowym fotelu i wygodę podróżowania z Limy do Huancayo (Uankajo), bo właśnie jechaliśmy do miasta u podnóża Andów, gdzie są polscy misjonarze. Całą noc przespałem w bardzo wygodnym , rozkładanym fotelu. Oczywiście na kolację każdy otrzymał ciepłą kanapkę, oraz do wyboru kawę lub herbatę z liści koki. Wybrałem oba napoje. Ich działanie przydało się gdy przejeżdżaliśmy przez Przełęcz Ticlio. Nie miałem już problemów z ciśnieniem jak ostatnim razem. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Huancayo. Taxi pojechaliśmy do parafii. Była akurat poranna Eucharystia, więc przez kościół wszedłem jak gdyby nigdy nic na plebanię. Jakoś wszyscy się zorientowali, że jestem padre, bo jestem biały. Zaraz też przyszła z kościoła gospodyni i nas ugościła. Piszę nas, bo byłem w towarzystwie Eriki i Gabrysi, która prowadzi w Iquitos „comedor”, czyli jadalnię dla biednych dzieci – inaczej mówiąc, prowadzi świetlicę środowiskową dla nich. Kieruje tą świetlicą już piąty rok.
O godz. 11.00 była Msza św. z procesją Bożego Ciała po ulicach Huancayo. Przewodniczyłem tej Mszy św. i z ks. Maćkiem, który tam posługuje ponieśliśmy Pana Jezusa do czterech ołtarzy. Na początku wszyscy myśleli, że jestem padre Pablo, który ma tam przyjechać niebawem (byłem z Pawłem na przygotowaniu w CFM w Warszawie). Dla mnie osobiście takim ciekawym doświadczeniem było, kiedy wszyscy prosili o pokropienie ich święconą wodą. Pokropienie, to słabe słowo. Polanie ich wodą jest bardziej adekwatne. Czyni się tak po każdej Mszy św. W czasie procesji jedna kobieta się oburzyła trochę na mnie, że ją pominąłem. Wróciłem więc i ją mocno pokropiłem, ku jej zachwytowi.
W poniedziałek wyruszyliśmy w drogę, do wioski położonej w Andach. Pogoda nam sprzyjała. Świeciło słońce, nie wiało. Było jednak chłodno, a nawet zimno w chwilach zachmurzenia. W górach i nie tylko w górach misjonarze przemieszczają się terenówkami. Bynajmniej nie dlatego, że mają takie widzimisię, albo taka moda, albo że ich stać na taki samochód. Jeśli ktoś sobie wyobraża szutrową drogę, gdzieś na budowie lub w lesie, to w Peru a szczególnie w górach i środkowej selwie (dżungli) są tylko takie drogi, często poprzecinane strumykami niewinnie mruczącymi w porze suchej, i większymi potokami, przez które normalna osobówka raczej nie przejedzie. W miastach a i owszem są asfaltowe. Kolejny powód, to taki, że wysoko w górach brakuje tlenu i jest rzadkie powietrze. Więc muszą posiadać te samochody mocne silniki i mocną sprężarkę.
Wyjeżdżając z Huancayo na trzy terenówki, zabraliśmy ze sobą rzeczy potrzebne na dwa dni. Zaplanowany był nocleg, ale nie bardzo wszyscy wiedzieliśmy gdzie spędzimy noc. Na pewno w Curcubambie. Skończył się asfalt, skończyła się cywilizacja. Droga w nieznane. Nikt z nas oprócz jednego księdza nie był nigdy w Curcubambie. Podróż miała trwać pięć godzin. Wyszło wszystkiego sześć z hakiem. Piękne widoki, malownicze krajobrazy. I droga piaszczysta i potem kamienista, przecinana miejscami rwącą wodą, z mostkami drewnianymi, jakby przed chwilą je ktoś ułożył specjalnie dla nas, jadących na fiestę. Siedziałem na tylnym siedzeniu. Podziwiałem przyrodę. Potęgę Andów. Myślę, że człowiek może w jakiś sposób ujarzmić przyrodę. Zamknąć ją w rezerwaty. Może ją niszczyć, ale nie może ostatecznie zawładnąć nią, nie może jej ograniczyć. Bo ograniczyłby wówczas Stwórcę. Piękno przyrody między innymi wyraża Jego potęgę i Jego piękno. Oglądałem zatem potęgę i piękno Boga. Podziwiałem zbocza strome i wysokie nad nami jakby uśpione, drzemiące, gotowe w każdym momencie swego istnienia dosłownie wypluć kamienie i głazy na niepokornych. Ich wysokość pokryta zielenią i wyschniętą trawą wysmaganą andyjskimi wiatrami. Przydrożne kaktusy, ostrzegające przed niebezpieczeństwem śmierci, dla tych, którzy pochylają się nad przepaścią. Pan Bóg miał fantazję stwarzając w swoim czasie te Andy. Z jednej strony strome zbocza, a z drugiej głębokie przepaście, dające życie, bo płyną w nich potoki, przy których to życie kwitnie: niewielkie osady ludzkie, pasące się krowy, owce, osły i oczywiście lamy i alpaki. Zastanawialiśmy się w drodze dlaczego i jak ci ludzie żyją w takim klimacie i na takich wysokościach? Dwie odpowiedzi wysnuliśmy wspólnie. Pierwsza, to taka, że on kochają swoją ziemię. Są dziećmi Paciamamy – Matki-Ziemi, która daje im wszystko w ich rozumieniu. I Druga odpowiedź jest taka, że ich obecność w Andach, tam bardzo wysoko, obecność zorganizowana, mająca swój rytm życia, pracy, nauki, odpoczynku ogranicza w dużym stopniu rozprzestrzenianie się terroryzmu „Świetlanego Szlaku” i przemytu narkotyków. Jednak nie wszyscy zostają wysoko w Andach. Młodzi uciekają do miast…
W końcu dojechaliśmy do Curcubamby. Miejscowość pięknie położona na wysokości tylko 2600 m.n.p.m. Mieszkańców liczy ponad tysiąc z pięknym, nowym kościołem, czekającym na poświęcenie. Przybył też biskup. Bardzo wymowny był moment, w którym alcalde, to znaczy burmistrz wręczał klucze świątyni biskupowi. Ten kościół wybudowali ksiądz Krzysztof i jego parafianie z Curcubamby. Msza była uroczysta. Kilku księży z Polski, pracujących w okolicach odwiedzonej parafii, przedstawiciele władzy lokalnej, żołnierze z pobliskiej jednostki, nauczyciele i uczniowie ze szkoły, parafianie. Biskup miał małą asystę w osobach dwóch miejscowych chłopaków . Byli porządnie ubrani – jednakowo. Trzymali mitrę i pastorał. Miał miejsce mały, komiczny akcydent. Otóż, kiedy biskup wygłaszał kazanie, a nie było krótkie (słynie z długich kazań) jeden z chłopców, zapewne bolały go nogi, usiadł na tzw. Tronie biskupa i sobie siedział. Po kilku dźwiękowych, a charakterystycznych sygnałach z naszej strony, zreflektował się i znowu stanął. Po Eucharysti i poświęceniu świątyni, alcalde zaprosił biskupa i nas na kolację do miejscowej „restauracji”. Takie większe pomieszczenie z kuchnią, a raczej coś podobnego do kuchni. Zaserwowano rosół z kury i inne dania. Jednak ten rosół był wyjątkowy, bo z kury i z gotowanym jajkiem w skorupce. Nie ukrywam, że to mnie trochę zaskoczyło. Wytłumaczyli mi, że to jajko jest po to, żeby zaznaczyć, że rosół jest z kury, a nie koguta czy kurczaka. Inne potrawy to prażona kukurydza, gotowane ziemniaki na zimno, ryż który jest zawsze na stole peruwiańskim, tak jak w Polsce jest chleb.
Wróciliśmy na plebanię, żeby jeszcze porozmawiać, pobyć z sobą, nacieszyć się sobą. Na misjach jest to bardzo cenne, móc spotkać się. Takie okazje do spotkań nie są takie częste, bo praca parafialna (objeżdżanie wiosek), ogromne odległości są często przeszkodą do częstych spotkań. Nieraz trzeba przejechać kilka godzin, żeby wypić kawę, wyspowiadać się. Takie jest życie misjonarza.
Rano wyruszyliśmy w drogę powrotną. Widoki te same, i droga ta sama. Ale inne przygody. Ksiądz Maciek złapał kapcia. Całe szczęście, że zaraz za wioską i że był drugi samochód. Szybko uporaliśmy się ze zmianą koła. Czas nas trochę gonił, bo musieliśmy wrócić do parafii przed siedemnastą. Na tej trasie z Huancayo do Curcubamby jest najwyższy punkt, który liczy 4525 m.n.p.m. dało się odczuć taką wysokość.

Wyjechałem już z Puerto Bermudez. Przed południem wszeszliśmy na wieżę kościoła, by zobaczyć panoramę i jakie prace wykonane zostały przez Grzegorza. Odprawiłem Mszę świętą i poszliśmy na refresco, to jest na sok ze świeżych owoców. Potem pakowanie, kawa i czekanie na taksówkę do La Merced. Czekając tak na wyjazd, co chwilę wychodziłem do dzieci, które mają w zwyczaju przychodzić na plebanię po cukierki, idąc ze szkoły do domu. Wszystkie dzieciaki są zawsze takie same. Ciekawe świata, nieraz speszone, wstydliwe, niewinne. Krótka wymiana zdań, cukierek do rączki i kolejna ekipa cukierkożerców pod drzwiami. Pytały skąd jestem, jak mam na imię. Śmiesznie skojarzyły moje imię z pomidorami. Zamiast Tomás, mówiły tomate. Tomasito (zdrobniale), mówiły tomatito (pomidorek). Było trochę śmiechu.
Wreszcie podjechała taksówka. Luksusowa limuzyna. Jak ruszyliśmy, myślałem że się rozpadnie gdzieś na zakrętach głównej drogi, aczkolwiek drogi bez asfaltu. Dojechaliśmy (w samochodzie siedziało jeszcze trzech gości) szczęśliwie do celu. Żeby nie siedzieć bezczynnie na dworcu autobusowym pokręciłem się trochę po miasteczku i poszukałem kafejki internetowej. Znalazłem bez problemu. Tak zwana kafejka internetowa, była obsługiwana przez…dzieci! Właściciel gdzieś sobie poszedł. Czułem się jak w szkole na zajęciach pozalekcyjnych z informatyki. Oczywiście wzbudziłem ciekawość, bo jestem biały. Więc padało pytanie skąd jestem? Oczywiście odpowiedziałem, że z Polski jestem. Kolejne pytanie, a gdzie jest Polska? Przynajmniej wiedzieli gdzie jest Europa!
Dziękuję Panu Bogu za Jego dobroć i łaskawość. Pobyt w Puerto Bermudez dał mi możliwość spotkania się z Grzegorzem, przeżywania wspólnie posiłków, długich rozmów, oglądania „Ranczo”, sprawowania Eucharystii i odmawiania Liturgii Godzin. Grzegorz zrobił taką prostą kaplicę na plebanii. Przechowuje w niej Sanctissimum. Taka obecność Jezusa trzyma człowieka w każdym wymiarze godzin, dni, miesięcy, lat. Najważniejsza obecność: „Tam gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”, to słowa Jezusa. Gracias a Dios que Él es con nosotros por siempre!

Postanowiłem odwiedzić mojego kolegę, ks. Grzegorza Pańczyka. Pracuje w parafii Puerto Bermudez. Od Limy jest to prawie piętnaście godzin autobusem i taksówką. Przed wyjazdem chodziłem trochę po ulicy, niedaleko miejsca odprawy autobusu. Zobaczyłem bezdomnego. Rozkładał sobie spanie pod drzewem, na placyku przed domem mieszkalnym. Potem młodych ludzi, grzebiących w śmieciach, żeby cokolwiek zjeść. Bez komentarza to zostawiam. Poszedłem sprawdzić autobus, bo były dwa. Pokazałem bilet i usiadłem na moim miejscu. Na moim, ale nie w tym autobusie. Ten mój był wygodniejszy. Kiedy zająłem miejsce w wygodnym skórzanym siedzeniu, zaraz dosiadł się ktoś obok. Rozpoczęła się rozmowa. I okazało się, że mój sąsiad ma przyjaciół w Polsce. Więc było jeszcze więcej ciekawych tematów. Zeszło nam do późna. Przed drogą kupiłem sobie tabletki na wyrównanie ciśnienia, bo przejeżdżaliśmy przełęcz Ticlio w Andach na wysokości 4818 m.n.p.m. Chyba tylko ja miałem problem z tym ciśnieniem. Ludzie z Andów tego nie mają. Czułem jak mrowiły mnie dłonie, zalałem się potem jakbym bardzo się zmęczył. Trwało to tylko krótką chwilę. Potem zasnąłem i spałem aż do rana, to znaczy do La Merced. Pożegnałem się z kompanem podróży i wsiadłem do taksówki i wyruszyłem do Puerto Bermudez. Droga przypominała drogi w Karpatach Wschodnich na Ukrainie. Różnica tylko na pierwszy rzut oka jest w wyglądzie drzew. Są inne.
Rano padał jeszcze deszcz, potem było bardzo gorąco. I wszyscy stali w tym słońcu i mieli jedyną atrakcję dnia, czyli oglądanie defilady. Oczywiście, wcale się z tego nie śmieję, bo ta defilada dla mieszkańców była bardzo ważna. Trwała dobrą godzinę ta manifestacja patriotyzmu, w tym lokalnym świecie. Ale rzeczywistość jest trochę inna. Nie da się tego wszystkiego opisać. Może uda się wrzucić film, który nakręciłem.
Ksiądz Grzegorz Pańczyk jest z mojej diecezji. Byliśmy w tym samym seminarium w Kielcach. Po przygotowaniu do pracy misyjnej w CFM w Warszawie, cztery lata temu przyleciał do Peru i tu pracuje. Jego parafianie, to „Colonos” czyli potomkowie Hiszpanów i mieszkańcy wielu wiosek indian Ashinka. W Puerto Bermudez jest pofranciszkański kościół i stara plebania. Teraz trwa budowa nowego domu, bo obecny już się rozpada. Świątynia też wymaga remontu, a to wiąże się z kosztami. Grzegorz robi, co można zrobić. Żyje z łaski Bożej, jak większość misjonarzy. Dzisiaj kupił na jednej z wiosek sadzonki bananów, które rozplantuje na parafialnym polu, przy plebanii. Te banany są inne jak te, które kupujemy w Polsce. Jeśli ktoś chciałby wspomóc mojego kolegę, to proszę dać znać. Wiele prac w kościele, czy na plebanii wykonuje sam, ponieważ jest taniej i problemem jest to, że trudno jest znaleźć dobrego majstra. Jeśli się taki znajdzie, to trzeba dobrze pilnować interesów. Inna półkula, ale mentalność ludzi to „homo sovieticus”. Jak jeszcze u nas w Polsce bywa niekiedy. Zanim dojechałem do celu, przeprawialiśmy się przez trzy rzeki. Osobowy samochód, marki Toyota pokonywał drogę bardzo szybko. Byłem pod wrażeniem gdy miejscowy kierowca sprawnie pokonywał liczne zakręty, czasami ustępując dużym ciężarówkom. Okolice, w których służy mój kolega Grzesiek są bardzo piękne, ale i niebezpieczne. To już dżungla amazońska. Góry i lasy tropikalne. Po drodze zatrzymujemy się na śniadanie w wiejskim barze. Wypiłem kawę i zjadłem parę ciastek, coś w rodzaju naszych krakersów. W końcu dojeżdżam do Puerto Bermudez. Zaczął padać deszcz. Ciepły, drobny deszcz. Przyjechał po mnie motocyklem Grzegorz. Motor jest powszechnie stosowanym środkiem transportu. Jesteśmy teraz jedynymi „gringo” w miejscowości. Wszyscy ładnie się witają, są uśmiechnięci, życzliwi. Ale swoje wiedzą. Tu ludzie, jak zauważyłem, żyją skromnie. Raczej można wszystko kupić, co do życia jest potrzebne. Życie w małej miejscowości bez asfaltowych dróg, z brakiem jakiejkolwiek sygnalizacji, znaków drogowych, toczy się normalnie. Taka duża wioska w dżungli. Jak raz, trafiłem na święto wioski. Dwudziesta druga rocznica ustanowienia administracji. Wszyscy świętowali. Przygotowano trybunę na głównym placu. Wszystkie jednostki administracyjne, uczniowie wszystkich szkół od najmłodszych do najstarszych, nauczyciele, różne orkiestry, przedstawiciele wiosek indiańskich w tradycyjnych strojach, wszyscy oni paradowali przed lokalnymi władzami oraz mieszkańcami Puerto Bermudez.

Za dwie i pół godziny będę w Limie. Nade mną błękitne niebo, a poniżej kłębiaste obłoki a jeszcze niżej, na ziemi dywan niekończącego się tropikalnego lasu. W Polsce jest teraz godzina 22.30, tutaj 16.30. Widoki dech zapierają. Dolatując do Limy podziwiam Andy, które w zachodzącym słońcu Peru zachęcają, by je zdobyć, przemierzyć, zdobyć… chmury unoszą się nad nimi, niczym biały i miękki dywan. Jakby odwrócony był świat do góry nogami.
Lądowanie spokojne, ale nie słychać entuzjazmu wśród pasażerów. Nikt nie klaszcze w dłonie, tylko mój sąsiad i ja parę razy uderzyliśmy w dłonie. Zmęczenie bierze górę. Jestem szczęśliwy i bardzo głodny.
Wreszcie ląd. Temperatura powietrza jak w Polsce, tylko ciemno już, chociaż jest godzina po osiemnastej. Zgarnęły mnie z lotniska Erika i Lilian, nasze konwersatorki z CFM. Mieszkają w Limie. W stolicy jest głośno, bardzo ruchliwie, i trochę brudno ale nie wszędzie. Razem z ks. Fernandem, który jest Kolumbijczykiem mieszkamy w domu naszego wikariatu. Warunki są bardzo skromne jak na stolicę. Mamy najpotrzebniejsze rzeczy i nawet internet, pożyczony od adwokatów, którzy są naszymi sąsiadami na dole. Teraz w Limie jest zima. Nie ma śniegu, czasami mrzy deszcz. Temperatura dochodzi do +20 stopni Celsjusza. Dzisiaj, od kiedy tu jestem niebo było błękitne, a tak cały czas jest pochmurno. Jedzenia nie brakuje. Dzięki Panu Bogu wszystko się dobrze układa.

Kolejna zarwana noc. Przed wylotem chyba każdy tak ma. Zrobiłem w sobotę ostatnie zakupy. Spakowałem się chyba już czwarty raz, bo ciągle było coś nie tak. W końcu to wylot na kilka lat… Pożegnałem się z bliskimi i przyjaciółmi. teraz pisząc czekam na transport na lotnisko. wylatuję o 6.05. przede mną siedemnaście godzin w samolocie.

Kończy się coś, by mogło zaistnieć nowe… Już za cztery godziny pożegnam moją ojczyznę. Moją Polskę kochaną. Wylatuję w Święto Maryjne – Matki Kościoła tuż po Pięćdziesiątnicy. Jezus Posłał swego Ducha Świętego Apostołom i powiedział Im: „Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. I rzeczywiście mam pokój w sercu, i radość. Chociaż przeżywam ten wylot bardzo i po ludzku mam trochę pietra, to ufam i wierzę w słowa Jezusa. I wierzę, że jest to sprawa Boża.

Dziękuję wszystkim jeszcze raz za wszelką życzliwą miłość i przyjaźń i przywiązanie do mojej osoby. Jeśli kogoś zraniłem i skrzywdziłem, to z serca przepraszam. Moim przeciwnikom i wrogom, i tym którzy mnie skrzywdzili lub zranili z serca szczerego przebaczam w Imię Jezusa. Niech wszystkich was błogosławi † Bóg Ojciec i † Syn i † Duch Święty. Amen.

W niedzielę miałem posłanie misyjne w Łopusznie. Nie spodziewałem się, że tak pięknie zostanie przygotowane przez ks. proboszcza, wikariuszy i parafian. Miałem ładniejsze posłanie jak własne prymicje. Dziękuję Panu Bogu za to miejsce i za ludzi. Za bratem i Jego rodziną. Za rodzinę Włostowskich. Za ludźmi z Fundacji.Będę tęsknić za Łopusznem, za Wrocławiem.  I nie tylko za tymi miejscami… Jadę teraz w pociągu. Patrzę na krajobrazy i liczę dni, które zostały przed moim wylotem do Peru.
Pożegnałem się już z parafią, pożegnałem się z moim księdzem biskupem. Zabrałem ze sobą trochę ziemi. Gdy będzie pod „górkę”, kiedy przyjdzie tęsknota, wezmę do ręki i przypomni mi skąd jestem. Przypomni, że z Polski jestem, i że dam radę pod tą przysłowiową „górkę” wejść… Tak jakoś to jest, że miesza się, przeplata, uzupełnia, realizuje w każdym misjonarzu, w jego wielkości i małości, w jego świętości i grzeszności, Jezusowe: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16, 15).
Jestem wdzięczny wszystkim, którzy byli na moim posłaniu misyjnym i razem z moim biskupem, Kazimierzem Ryczanem posłaliście mnie na misje katolickie do Peru.

Każde spotkanie jest bardzo cenne. Szczególnie gdy spotyka się bliskie i mniej bliskie osoby. Każdy uścisk dłoni, każde dobre słowo,  gest życzliwości i przyjaźni nabierają nowej barwy,  nowej jakości. Są mocne. Ogarnia mnie jakaś nostalgia, tęsknota i radosne oczekiwanie na podróż do innego świata,  do innej cywilizacji. Podróż na misje. Wszystko to wiruje we mnie. Nie nastawiam się ani negatywnie ani nie planuję ponad to, co jest konieczne.  Jest pokój we mnie. Teraz w noc, kiedy cały nasz dom śpi, mogę pozbierać rozbiegane w ciągu dnia moje myśli. Otóż,  przypominam sobie jak przyjechałem do CFM, jak wnosiłem bagaż, pierwsze osoby, które spotkałem. Wszystko było pierwsze i jakże nowe! Powoli powszedniało,  jednak zawsze było inne. Pierwsa Msza święta. Pierwszy kryzys. Nieprzespane noce pełne różnych myśli, obaw, lęków… Ten czas w Centrum, to czas wzrastania,  krzepnięcia,  utwierdzania się w przekonaniu,  żeWSZYSTKO, ale to wszystko zależy od Pana Boga. To taki czas ogołacania. I dzięki Bogu! Pomaga w tym wspólnota. Każdy jest inny, więc i dziwactw było trochę. Ale wszystko w normie (ale zależy,  co się przyjmie za normę). Dziewięć miesięcy, to jak zdrowa ciąża. Potem rodzi się owoc miłości.  Tak, tu w Centrum jesteśmy jak owoc, który ma być dojrzały i smaczny. Misjonarz powinien być by z niego mogli nawet zrobić tak obrazowo „sok”. Kończę, bo zaczynam „gwiazdorzyć”. Dlatego lekka zmiana tematu. Mam już spakowane walizkę,  wór transportowy i mały plecak jako bagaż podręczny.  Wszystkiego jakieś 56 kg. Tyle mogę zabrać bez większych problemów. Bilet już jest. Załatwiam papiery do wizy. Posprzątaliśmy nasz pokój. Rafał teraz strasznie chrapie, a ja piszę. Z Rafałem będę w tym samym wikaraicie w Peru. Wczoraj minęło 15 lat mojego kapłańskiego życia. Nie wiem kiedy to przeleciało. Nie żałuję ani jednego dnia kapłańskiego życia.  Właściwie dzisiaj przeżywamy 30 – lecie istnienia Centrum Formacji Misyjnej.  Dziś rozjeżdzamy się do swoich domów i parafii. W dzień dziecka,  01 czerwca o godz. 12.00 w Łopusznie ks. bp Kazimierz Ryczan uroczyście pośle mnie na misje do Peru. Natomiast wylatuję 09 czrewca o 6.05 z Warszawy przez Amsterdam do Limy.  W Limie posiedzę chyba miesiąc,  żeby wyrobić wizę religijną. Tak więc prawie na wylocie! Zapraszam na posłanie misyjne cdo Łopuszna niedaleko Kielc.

 

Dzisiaj, na błoniach gnieźnieńskich, z rąk Nuncjusza Apostolskiego w Polsce, Abp Celestino Migliore otrzymałem krzyż misyjny. Dla mnie jak i dla moich kolegów i koleżanek z CeFoMu stało się jasne, że dokonała się rzecz niebywała. Zostaliśmy, każdy z nas – misjonarzami. Dla mnie osobiście to wydarzenie bardzo osobiste, intymne, tajemnicze w swej treści. Jest dla mnie również wydarzeniem wpisującym się w historię mojego bycia człowiekiem, mojego bycia chrześcijaninem, mojego bycia kapłanem Kościoła. Jest wydarzeniem wpisującym się w historię mojej ojczyzny. Dziś były kulminacyjne obchody ku czci świętego Wojciecha i ogólnopolskie dziękczynienie za dar kanonizacji Jana Pawła II.
Otrzymałem nie tylko krzyż misyjny, ale znak, dowód ze Ojciec święty mi ufa. Krzyż nałożył mi Nuncjusz Apostolski. To tak, jakby sam papież nakładał mi krzyż misyjny. Ten krzyż jest ładnie wykonany z metalu i drewna. Posiada swoją wagę, lecz nie w znaczeniu masy. Wagę krzyża stanowi jego orędzie, które Kościół, poprzez biskupa poleca i nakazuje głosić. Chyba to stanowi centrum tego orędzia. Iść i głosić Jezusa Chrystusa. Nie ukrywam, że noszę w sercu ogromną radość z tej przyczyny, ale też noszę w sercu strach, czy podołam zadaniu. Nie chodzi tu o wiarę w siebie i przekonywanie samego siebie, że się podoła, że da się radę. Nie, to nie tak. Chodzi tu o uwierzenie w to orędzie, które przyniósł Jezus Chrystus. On przyniósł Dobrą Nowinę. On jest tym orędziem. I to jest dla mnie osobiście niesamowite! Zostaję posłany z tym krzyżem misyjnym głosić Jezusa. Głosić mojego Pana. Ale nie tylko mojego. Jezus jest Zbawicielem wszystkich. Tak więc, stając się misjonarzem staję wobec powinności głoszenia orędzia Jezusa. Ten przywilej misyjnego posłania bardzo, ale to bardzo zobowiązuje.
Proszę o duchowe wsparcie świętego Wojciecha i świętego Jana Pawła II. I Was, którzy czytacie mojego bloga też proszę o modlitwę.