Misjonarz w Peru – Wikariat Apostolski San Ramón

Ks. Tomasz Cieniuch

Po kilku dniach spędzonych w Iquitos, przybyłem do Indiany. Tu rozpoczynamy kurs katechetyczny. Od dwóch dni z nieba się leje, oczywiście z małymi przerwami. Teraz pogoda przypomina mi polskie czerwcowe letnie dni, albo początek jesieni… Ostatniej nocy zmarzłem trochę, bo się ochłodziło. W ciągu dnia jest ok. 30°C i jak spadnie do 20°C jest już trochę zimno. Ale w tropiku tak już jest. Ryby w Amazonce nie chcą brać, bo woda się znacznie podniosła i płynie wartkim strumieniem. Prąd rzeczny jest silny. Jak się płynie łodzią, trzeba uważać na pale, gałęzie, a nawet całe drzewa. Wszystko to płynie sobie do oceanu… Jest to czas przybierania wód, bo w Andach pada deszcz, czyli tam jest teraz pora deszczowa, inaczej lato. Tu w selwie lato jest zawsze.
Wczoraj miałem zabawną sytuację. Umówiłem się z jedną misjonarką na wspólny powrót z Iquitos do Indiany szybką motorówką (rapido) o 5.00 rano. Podjechałem motokarem do portu, licząc że będzie na mnie już czekać, ale się przeliczyłem. Przypłynęła w południe. Faktem jest, że tak dokładnie nie ustaliliśmy, że z nią popłynę. Jednak Ofelia (tak ma na imię) na pewno miała płynąć o 5.00. Przypłynąłem ok. 5.45 do Indiany. Trochę kropiło z nieba. Poszedłem do domu misyjnego i wszystko było jeszcze pozamykane, tylko dwa małe szczeniaki trochę mnie obszczekały. Chodziłem prawie godzinę wokół posesji. Wreszcie ktoś otworzył drzwi i mogłem wejść. Ładnie przywitałem się z pracownikiem, który mnie już znał, bo byłem w Indianie już wcześniej, ale niestety nie poznał mnie z powodu mojej brody. I poszła fama po ośrodku, że przyjechał nowy biskup. Rzeczywiście nowy biskup naszego wikariatu ma brodę i również ma przypłynąć do Indiany końcem stycznia. I tak oto zrobili ze mnie biskupa. Uśmialiśmy się wszyscy prawie do łez! Brodę zgoliłem dla potrzeb kultury…
Minął już tydzień kursu katechetycznego. Uczestnicy nie mają w ciągu dnia prawie żadnego odpoczynku, bo ciągle są jakieś zajęcia a to z biblii, a to z teologii rodziny, a to znów z liturgii, czy też teatru biblijnego tak zwane tallery czyli warsztaty. Wszystko to, by młodych ludzi przygotować do animowania życia religijnego w swoich środowiskach. Bez pomocy świeckich życie religijne by było rozłożone na łopatki. Ktoś może by się czepiał, że nie wszyscy potrafią wszystko robić doskonale…czytać, pisać, że są bardzo spontaniczni prawie we wszystkim… Jednak poświęcili czas i jakieś swoje pieniądze, żeby kilka dni albo godzin płynąć na ten kurs. Dla mnie to jest taki zastrzyk entuzjazmu i wiary prostej i radosnej. To bardzo młody Kościół! Wyrasta w środowisku często bardzo odległym w swojej formie życia od chrześcijaństwa. Wyrasta ten Kościół amazoński na przykład w środowisku handlarzy narkotykami, prostytucji także nieletnich, przemocy seksualnej w rodzinach, rozbitych rodzinach i co jest najbardziej smutne w procesie utracania chyba bezpowrotnie swych korzeni kulturowych (piękne tradycje, śpiewy, tańce, język poszczególnych etni indiańskich) Właśnie tu, w Indianie na takich kursach próbuje się to wszystko podtrzymać i pielęgnować poprzez organizowanie warsztatów.
Uczestniczyłem w karnawale. Nazywa się on tumbada de la umsha (lub: umisha). Polega na ścięciu palmy w lesie i przy śpiewach i tańcach w rytm bębna i fleta przynosi się ją w określone miejsce. Następnie związuje się jej gałęzie, tak, żeby tworzyły koronę i przyozdabia wieszając jakieś prezenty. W tym samym czasie reszta uczestników tańczy w rytm bębna To jest pandillada. Wszyscy zaczynają ten karnawał polewając się wodą, brudząc błotem i malując twarze na czerwono używając do tego owocu achote. Zabawa jest przednia! Tańczy się wokół palmy kilka godzin i pod koniec przy pomocy maczety każdy ja ścina uderzając o pień. Kto ostatni uderzy maczetą i palma runie na ziemię ma za zadanie w następny karnawał ufundować prezenty. Po tym palmowo – błotnym szaleństwie wszyscy poszliśmy wykąpać się w Amazonce. Bezpowrotnie straciłem podkoszulkę z logiem „Soli Deo” zespołu muzycznego z parafii w Łopusznie błoto ją przeniknęło do ostatniej niteczki…
Wróciliśmy do bazy na obiad. Potem była Eucharystia, ale szczegółna, bo prawie wszyscy wymalowali się we wzory plemion indiańskich. Była to la Misa nativa. Przewodniczył jej padre Ivan i wygłosił w bardzo ekspresywny sposób kazanie… Była tańczona procesja z darami w rytmie bębna i manguare (instrument do zwoływania Indian do maloki). Po radosnej eucharystii w klimacie amazońskim była kolacja. Jedzenie serwowane na naturalnym talerzu z liścia. Jedzenie, to juka, la carne del Monte (mięso z lasu, prawdopodobnie majas), casabe (chleb z juki) i do picia cauana (też z juki, ma konsystencję żelatyny z sokiem z ananasa) i masato (również z juki, ale ma smak kefiru). Po kolacji były znów tańce indiańskie. Ten kurs katechetyczny jest dla mnie dobrą okazją bliżej poznać bogactwo kulturowe plemion indiańskich Amazonii i poznać wspaniałych ludzi z nad rzek…

Nawet pogoda się bardzo poprawiła. Jest gorąco!

Udostępnij

    Od ostatniego mojego pisania upłynęło sporo czasu… Doświadczam wiele dobroci i łask od Pana Boga. Szczególnie jak patrzę teraz z perspektywy kilku ostatnich miesięcy. Od czasu jak znalazłem się w El Estrecho ciągle coś się dzieje, bardzo intensywnie. Trzymiesięczny pobyt w pueblo na granicy z Kolumbią wiele mnie nauczył. Szczególnie jeśli chodzi o relacje z ludźmi. Są bardzo wrażliwi i w miarę czasu otwierają się coraz bardziej…, ale nie wszyscy. Każdy jest inny. Każdy ma swoje zalety i złe nawyki.
    Mój czas w wiosce nad Putumayo upływał na niewielkich rzeczach. Trochę pracy, łowienie ryb, i oczywiście modlitwa. Gdyby nie modlitwa, chyba bym niektóre osoby, nie dokończę… ale tylko niektóre. Nauczyłem się bardzo ważnej zasady obowiązującej w dżungli, mianowicie, że jeśli ktoś mówi „si padre”, to wcale nie oznacza „tak proszę księdza”. Pojęcie tego bardzo pomaga żyć. To jest taki „kluczyk” do bycia cierpliwym… zacząłem pytać, co oznacza „si padre”, co oznacza to „si”. Oznacza „tak” czy też oznacza „nie”? najczęściej oznacza „nie”. Najkrócej: jeno myślą, drugie mówią i trzecie robią. Po prostu tacy są! Ale też kochają Pana Jezusa, kochają Kościół, modlą się. Mam wrażenie, że ich wiara jest większa od mojej. Dla nich wszystko jest takie nieskomplikowane, proste i radosne, nawet jak nie mają z czego ugotować obiadu.
    Ostatni etap mojego pobytu w El Estrecho wykorzystałem na odwiedziny wiosek płynąc peke-peke w górę rzeki Putumayo. Towarzyszyli mi Saul (jako motorniczy i przewodnik) i Favio (jako katechista). Cała eskapada trwała prawie tydzień. Odwiedziliśmy cztery comunidades (wspólnoty). W Puerto Elvira odprawiłem Eucharystię. Jak się okazało pierwszą od siedemdziesięciu lat, czyli od powstania wsioski. Poświęciłem tam również cmentarz. Mszę odprawiałem w każdej wiosce i chociaż nie wszyscy byli do końca świadomi w czym uczestniczą, byli bardzo aktywni. Więcej czasu spędziłem w Ocho de Diciembre czyli Ósmego Grudnia. Mieszkaliśmy w domu „Casice” czyli wodza wioski. Dla mnie bardzo szczególne wydarzenie, bo pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w ich codzienności… bez prądu, bieżącej wody w kranach, jedzenie na podłodze, spanie na podłodze, przygotowywanie posiłków, mycie się w rzece, woda do picia z rzeki. Owoce, ryby, kajman, juka – to ich codzienna dieta. My zabraliśmy ze sobą sól, makaron, ryż, makaron, jajka, olej, cukier, cukierki, paliwo – te produkty to rarytas! Właściwie w każdej wiosce najbardziej potrzebowali WSZYSTKIEGO! Do najbliższego „centrum handlowego” te wioski, które odwiedziłem mają 4-5 godzin peke-peke w dół rzeki i 7-8 godzin w górę rzeki. Jak nie mają benzyny (a najczęściej nie mają), a muszą się dostać do „miasta”, to zostaje wiosłowanie… W El Estrecho galon benzyny (4,2l) kosztuje 16 soli, a tam gdzie byłem kosztuje tylko 30 soli. Jeden galon wystarcza na 2,5 godziny. My do naszej ostatniej wioski czyli Ocho de Diciembre spaliliśmy 5,5 galonów benzyny. Wyprawa bardzo owocna była…
    Na czas Świąt i Nowego Roku popłynąłem do San Pablo z moim kolegą Rafałem Kipigrochem. Rafał jest z diecezji częstochowskiej. Przybył do naszego wikariatu w listopadzie. Zdążył jeszcze mnie odwiedzić w El Estrecho. To był fajnie spędzony razem czas… Kiedy dopłynęliśmy do San Pablo, a była godzina druga w nocy, strasznie lało. Nasza barka miała ogromne opóźnienie, bo wszędzie się zatrzymywała, żeby rozładować albo załadować towar i oczywiście zabrać lub zostawić pasażerów. Rafał został w San Pablo, ja natomiast popłynąłem w Jego towarzystwie do Caballo Cocha. Po drodze w jednej wiosce Paranaquira udzieliłem sakramentu Chrztu świętego. Potem miałem to szczęście, że w innej wiosce Puerto Inca również chrzciłem. Tak więc kolejne misyjne doświadczenia, ale tym razem nad Rzeką Amazonką. Zdążyłem już odprawić również jeden pogrzeb w Caballo Cocha.
    Teraz siedzę w Iquitos, żeby przygotować się do kursu katechetycznego w Indianie. Jest to coroczna impreza dla wszystkich, którzy prowadzą katechizację w naszym wikariacie: księża, siostry zakonne, katechiści, animatorzy i młodzież, która chce być katechistami lub animatorami w swoich wioskach. Kurs trwa prawie trzy tygodnie i rozpocznie się teraz początkiem stycznia. Potem powitamy naszego nowego biskupa i mam nadzieję, że dowiem się już bardzo konkretnie gdzie będę pracować, w jakim miejscu i z kim. Proszę o modlitwę w naszych sprawach, naszego wikariatu. Potrzeby są OGROMNE i personalne i ekonomiczne.

    Udostępnij

      Minął tydzień jak przybyłem do mojej ”ziemi obiecanej”. Lot długo oczekiwanym, małym wojskowym samolotem trwał niecałą godzinę. Na płycie lotniska czekała na mnie siostra Lupe wraz z dwójką nauczycieli. Motokarem dotarliśmy do parafii p.w. św. Antoniego z Padwy. Pierwsze wrażenie, po obejrzeniu kościoła, budynków i mojego cedrowego domu pomalowanego na srebrny, tak na srebrny kolor – co ja tutaj robię!? Pomału przywykam do życia na granicy z Kolumbią i na granicy cywilizowanego świata. W jakimś wymiarze tu cywilizacja się kończy… Tu w El Estrecho ludzie mieszkają, pracują, chodzą do szkół. Niby wszystko jest jak wszędzie – tak samo.
      Naszą misję zakładali franciszkanie ok. 60 lat temu. Teraz pracują tu siostry Dzieciątka Jezus z Pragi. Może to trochę dziwić, ale jest to zgromadzenie czysto peruwiańskie. Tu są trzy siostry: Guadalupe, Isolina, Rosa oraz polska misjonarka świecka Beata Prusinowska. Do tej pory siostry prowadzą całą parafię, czyli miejscowość El Estrecho i przynależące wioski, rozmieszczone wzdłuż rzeki Putumayo i Algodon. Beata pomaga w Internacie dla ponad setki młodzieży pochodzącej z licznych wiosek znad Putumayo. Praktycznie w internacie mieszkają cały rok. Do domów wracają na długie wakacje (grudzień – styczeń). Na weekendy też do domów nie płyną. Do swych domów mają od kilku godzin do kilkunastu dni płynięcia łodzią.
      Ciekawa sprawa, bo przybyłem do El Estrecho w święto św. Róży z Limy. Jeszcze tego samego dnia zostałem zaproszony na uroczysty obiad przez miejscową policję, bo santa Rosa jest główną patronką peruwiańskiej policji. Następnego dnia rano odprawiłem moją pierwszą Eucharystię dla naszej wspólnoty parafialnej. Kościół wypełnił się i jest to standardem tu, w El Estrecho. To zasługa ks. Ivana, który pracował tu 17 lat i zasługa sióstr, że dbały o celebrację Liturgii Słowa w niedziele i święta. Od ośmiu lat nie było na stałe kapłana w tej miejscowości. Więc obecność kapłana jest konieczna. Wypadło na mnie!
      Zanim to wszystko ogarnę upłynie trochę czasu, ale jestem pełen dobrych myśli. W niedziele jest Msza o godzinie 7.30 rano, bo zaraz po niej prawie wszyscy idą na plac główny, by wywiesić flagi Peru, regionu Loreto i El Estrecho. Tak jest w każdą niedzielę. Są zawsze obecni przedstawiciele miejscowej władzy, profesorowie (nauczyciele), wszyscy uczniowie, mieszkańcy, defilujące wojsko. Ustaliłem drugą Mszę św. po południu o godz. 18.00. I w tygodniu o godz. 19.00, bo wtedy jest światło. Na te mszę przychodzi głównie młodzież z internatu. Wszystko dla nich jest nowe. Czeka mnie taka praca od podstaw. Na szczęście siostry prowadzą katechezę. Natomiast ja rozpoczynam przygotowania dla narzeczonych i przed chrztem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
      Tu na końcu lub początku świata życie jest regulowane rytmem natury. Wstaje się wcześnie jak wschodzi słońce i kończy dzień zasadniczo jak staje się ciemno. Teraz to się pomału zmienia, bo jest prąd od 6 rano do 14 w południe i od 18.00 do 23.00 „z zegarkiem w ręku”. Ten czas iluminacji ludzie szczególnie wieczorem wykorzystują na różne formy aktywności. Otwarte sklepy i sklepiki, bary ze stołami bilardowymi (swoją drogą skąd tu w dżungli takie stołoły?), dyskoteki i oczywiście ulubiony sport jakim jest gra „w nogę”. Każde „barrio” – dzielnica ma swoją drużynę piłkarską. Często kopią piłkę na boisku w centrum miejscowości nie kto inny tylko dziewczyny! To jest fajny widok… Niestety nie ma w El Estrecho internetu ogólnie dostępnego. Można było skorzystać w jednym urzędzie, ale był niedawno pożar i nie mają nawet możliwości skorzystania z telefonu. Spaliła się cała instalacja. Kiedy to naprawią nikt nie wie. Tu w El Estrecho życie jest bardzo drogie, bo wszystkie produkty przywożą barką z Iquitos lub awionetką i to kosztuje potem dwa razy więcej. Nie można np. normalnie kupić cementu, bo boją się, że przemycają narkotyki zamiast cementu. Mieszkam na granicy z Kolumbią. Wszędzie jest bardzo daleko. W Kolumbii też nie ma czego szukać. Wiele osób Przybywa z Kolumbii do El Estrecho za pracą lub uciekają przed partyzantką. Ktoś kto chce sprzedać ryby lub banany musi często przynieść to wszystko na własnych plecach do El Estrecho, by zakupić sól i cukier, ubrania i wraca z tym wszystkim nawet 7 godzin piechotą jeśli mieszka nad rzeką Algodon. Może też przypłynąć. W jedną stronę peke-peke płynie się 2-3 dni.
      Ten pierwszy tydzień chociaż był trudny, bo nowa rzeczywistość, bo bardzo gorąco i wilgotno uważam za dobrze przeżyty. Zacząłem odnawiać mój dom. Pomalowałem swój pokój na zielono i inne też są malowane. Rozpoczęliśmy wraz z młodzieżą z internatu porządkować teren za kościołem. Zorganizowaliśmy tzw. „mingę” czyli czyn społeczny. Chcemy tam zrobić pole, żeby posadzić drzewa bananowe, papaję i jukę. Jest też inny, dobry teren pod uprawę ryżu. Są też inne ambitne plany. Pracy więc nie brakuje… Duszpasterstwo i gospodarka. Tu trzeba być prawie wszystkim…
      W piątek umarło pięć osób w tym dziecko. Wraz z ojcem łowiło ryby. Wpadli do rzeki, bo łódź się przewróciła. Dziś w niedzielę modliłem się przy ciele młodego chłopaka. Targnął się na swoje życie. Jutro poprowadzę mój pierwszy pogrzeb w El Estrecho… obym takich pogrzebów nie miał więcej.
      Mija kolejny tydzień. 14 września przeżywaliśmy w naszej parafii Święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Okazało się, że posiadamy Relikwię Świętego Krzyża! Rzecz niesamowita. Dla mnie to wielka radość i szczęście. W cieniu Krzyża Świętego będzie łatwiej… Parafianie bardziej lub mniej świadomie przeżyli to Święto. Ufam, że nasza wspólnota parafialna bardzo się ożywi, przebudzi religijnie, że będzie nas więcej, że Pan Jezus pobłogosławi. Wierzę, że to Jego dzieło, to co zrobili moi poprzednicy i siostry zakonne, misjonarze świeccy.
      Teraz korzystam z błogosławionego czasu jakim jest pobyt w Iquitos. Przyleciałem, żeby zrobić zakupy. Muszę kupić cement i płytki ceramiczne, żeby wykonać dwie małe łazienki. Jedna w starym domu sióstr i druga w budynku parafialnym nad rzeką. Na plebani jeszcze poczekam, bo nie wiadomo co będzie z tym domem. Teraz jest jak na zdjęciach. Potem okaże się, czy remontować, czy też burzyć i budować nowy dom. Mamy dużo czasu…

      Udostępnij

        Z Santa Clotilde wróciłem do Iquitos, by przygotować się do podróży do kolejnego miejsca misyjnego w naszym wikariacie. Zrobiłem potrzebne zakupy w dzień wypłynięcia. Biegałem trochę za dużym masłem i żółtym serem. Tych produktów w Pevas się nie kupi. W końcu dotarłem do portu „Pesceros” ok. godziny 15.30. Barka miała wypływać o godz. 18.00. Pomyślałem żeby poczekać już na niej do tego czasu. Kupiłem bilet do Pevas za całe czterdzieści soli i rozgościłem się na barce, rozwieszając mój hamak. Jeszcze nie płynąłem taką barką śpiąc w hamaku całą noc. Na pokładzie było już kilka osób. Też mieli swoje „wiszące łóżka”. Do godziny gdzieś 17.00 było bardzo spokojnie. Potem się zaczęło… W krótkim czasie barka stała się jednocześnie i statkiem pasażerskim i pływającym bazarem. U tej samej osoby można kupić jakieś ciepłe jedzenie i papier toaletowy. Iście ciekawe zestawienie produktów. Kupiłem tylko papier, tak na wszelki wypadek. Wypłynąłem równo o godzinie 21.00. ten cały czas siedziałem w hamaku. Niezła szkoła cierpliwości! I dwanaście godzin po Amazonce. Obok mnie powiesiła swój ha maczek pewna, bardzo ciekawska pani. Wypytała mnie jak się nazywam, skąd jestem, dokąd płynę i po co, ile mam lat, czy mam dzieci i ile? Oczywiście informacje poszły dalej i wszyscy na barce, jak przypuszczam już wiedzieli kim jestem…
        W Pevas powitała mnie Ela Rotter, nasza kolejna świecka misjonarka. Pracuje tu już prawie dwa lata. Jest jeszcze diakon Jovino i seniorita Belen. Cała trójka zaangażowana jest w duszpasterstwo w samym Pevas i na wioskach indiańskich kilku etni. Mieszkają tam przede wszystkim Bora, Murui (Huitoto), Yagua. Każde plemię ma swojego Kurakę, to znaczy wodza. Ciekawe doświadczenie miałem, bo kiedy odwiedziliśmy jedną z wiosek Bora, to najpierw poszliśmy do kuraki przedstawić się i poprosić o możliwość zwiedzenia wioski i ich maloki, czyli miejsca spotkań. Bez tej „procedury” byłoby trochę trudno poruszać się swobodnie.
        Wszystkie indiańskie wioski rozłożone są nad rzeką Amazonki i Ampiyacu oraz Yahuasyacu. W tym rejonie jest prowadzone duszpasterstwo Indian. Szczególnie jeśli chodzi o ich kulturę, zwyczaje, język. To wszystko po woli zaciera się, ginie. Tworzy się dla nich specjalne projekty, działania długoplanowe. Zakłada szkoły z językiem castellano i miejscowym. Żyje spory procent analfabetów. Poznałem jedną Indiankę analfabetkę, ale jej najstarszy syn skończył studia. Jego matka poświęciła całe swoje życie, pracę dla syna, żeby się wykształcił. To są takie paradoksy życia.
        W Pevas odprawiałem Mszę św. każdego dnia, głosiłem kazania na zmianę z diakonem, spowiadałem, odwiedzałem chorych z sakramentami. Ostatni raz na dłużej ksiądz był tutaj w Pevas chyba pięć lat temu. Widząc pracę misyjną w terenie często zdominowanym przez wdzierające się sekty i zdominowanym przez zachodnią kulturę, gdzie na oczach zamiera dziewiczość i piękno tej ziemi, gdzie jeszcze nie znają Jezusa Chrystusa stawiam sobie pytanie, co jako ksiądz mogę zrobić? Po ludzku – niewiele. Z Bożą pomocą dużo więcej. Brakuje rąk do pracy. Brakuje miejscowych powołań, brakuje środków finansowych, a jeśli jakieś są to stanowią kroplę w morzu potrzeb. Tu ludzie mają swoją godność, ale wielu idzie tam gdzie coś dają. Dlatego jest tak dużo sekt…
        Był też czas na rekreację. Pływając małą łódką motorową „Miva – Polonia I” zwiedzałem piękne, zawsze zielone okolice, wioski, i oczywiście łowiłem ryby. Udało się złowić jedną sztukę, ale jaką! Złowiłem na ser żółty wandelię (kandyrę) czy też inna nazwa canero. Jest to najbardziej niebezpieczna ryba w Amazonii. Wślizguje się w naturalne otwory np. ludzkie i wyżera od środka ludzkie ciało. Od razu kazali mi ją zabić i wyrzucić. Był tez czas by popłynąć z grupą liturgiczną na mały rekonesans. Taki rzeczny piknik, nie wychodząc z naszej łodzi. Wędzona rybka, ale nie ca nero była przepyszna. Na deser podziwialiśmy wodne igraszki różowych delfinów. Niestety nie udało się zrobić zdjęć…
        Do Iquitos z Pevas płynąłem w górę rzeki tylko całą dobę. Przed mną jeszcze będzie zapewne niejedna podróż do innych miejsc naszego wikariatu. Na ten czas kończę moje zwiedzanie Amazonii. W tym tygodniu, albo z początkiem następnego lecę do El Estrecho, ale już na dłużej, na moją misję…

        Udostępnij

          Z Iquitos to tylko sześć godzin płynięcia rápido – szybką łodzią. Cały czas padał dość mocny deszcz. Motorówka szła ślizgiem po Napo. Przecinała fale, co chwilę uderzając dnem o twardą taflę wody. Wraz z ludźmi z wikariatu wybraliśmy się na tzw. „Tydzień Parafialny”, żeby się spotkać z mieszkańcami z nad rzeki Napo. Jest około dwustu osób. Przybyli na spotkanie z czterdziestu dwóch wiosek, rozsianych nad brzegami Napo i jej dopływów. Temat jest o tyle ważny dla Naporunas (mieszkańcy z nad Napo, w większości są to indianie Kichwa) którzy będą zgłębiać „Etyczne kryteria dla najlepszego wyboru naszych przedstawicieli władzy”. Zbliżają się wybory. To dla ludzi gorący czas. Nie chodzi o uprawianie polityki, tylko o uświadamianie ludzi bez wykształcenia i często także bez żadnych większych praw, jak powinni postąpić jako wierzący. Ta akcja jest wspierana przez episkopat peruwiański.
          Praca wśród tych ludzi, to nie tylko sprawy pobożne, ale również sprawy socjalne, ekonomiczne, gospodarcze. Muszą wiedzieć, żeby nie dać się oszukać.
          Przewodzi ogólne hasło tygodnia parafialnego: „Voces unidas por el cambio” czyli „Wspólnymi głosami dla zmaiany”. Przewidziane są także inne formy aktywności, takie jak: warsztaty plastyczne, prace w grupach, poznawanie zwyczajów i obrzędów indian, degustacja masato (taki tradycyjny napój).
          Życie w Santa Clotilde jest spokojne. To, co chyba najbardziej tę wioskę wyróżnia, to dobra organizacja. Jest tu szpital, prowadzi go o. Jack – augustianin z Kanady. Pomagają mu inni lekarze i pielęgniarki z zagranicy i miejscowi. Całe zaplecze łącznie z kościołem, plebanią, szkołą i basenem nawet zbudowali amerykańscy misjonarze w latach siedemdziesiątych. Jedynie drogi w wiosce zostały zrobione niedawno. W parafii pracują obecnie ojcowie oblaci Edgar i Roberto. Pomagają im siostry Służebnice Jezusa Eucharytsycznego.
          W czasie twania tego tygodnia plebania żyje intensywnie. Od rana do wieczora jeat pełna ludzi. Szczególnie opanowana przez młodzież. Bardzo pomagają we wszystkich pracach.
          Na dziś miała być rano w kościele odegrana drama na temat sznowania selwy (dżungli), ale od piątej tak lał deszcz, że mało kto przyszedł. Jak pada, nikt praktycznie nie wychodzi z domu. Nikogo to nie dziwi, nie irytuje, nikt się nie obraża. Po prostu pada deszcz… pada prawie codziennie, godzinę lub dłużej. Zawsze po deszczu jest dłuższą chwilę chłodniej, potem znowu gorąco.
          Ludzie tu żyjący, to przede wszystkim indianie Kichwa. Mają swoje zwyczaje i swój język. Też mają swoją Mszę świętą w kichwa i nawet Nowy Testament. Ciekawostką jest, że Eucharystia jest cała na siedząco.
          Tutaj w tej czeci selwy indianie Kiczwa czczą Pachayaya (Paczajaja), czyli Boga Ojca. Jest najważniejszy z całej Trójcy Świętej.
          Tutaj w Amazonii, Kościół zdominowany jest przez mężczyzn. To oni nadają ton. Wielu z nich jest animatorami w małych wspólnotach w pueblach. Kobieta gdzieś stoi z boku. To jest bardzo charakterystyczne. Z jednej strony trzeba się cieszyć, że tylu mężczyzn uczestniczy w życiu religijno-społecznym, ale z drugiej strony pokazuje to, że kobiety nie mają wiele do powiedzenia. W większości przypadków mężczyźni w Peru kobiet nie szanują. Wiele się czyni, aby tę sytuację zmieniać.
          Na koniec tego wpisu znak Krzyża świętego w kichwa:
          Yaya shutipi – znak Krzyża św.
          Yayapa shutipi
          Churipa shutipi
          Samayra shutipi
          Kaitami ruranchi.

          Pagrachu, czyli dziękuję.

          Udostępnij

            Po wizycie w Tamshiyacu, postanowiłem odwiedzić naszą kolejną misję. Tylko 45 minut od Iquitos szybką motorówką po Amazonce. Z portu w Mazán do parafii jedzie się motokarem. Czekał na mnie José, proboszcz w Mazán. Było popołudnie, więc niewiele czasu, żeby się rozglądnąć po okolicy. Odprawiłem Mszę świętą w kościele i następnie aż do wyłączenia światła, spędziliśmy czas na rozmowie. W Mazán prąd jest tylko trzy godziny wieczorem. Więc przy pomocy latarki wykąpałem się w prowizorycznej łazience, z wodą z deszczu – jak zwykle i poszedłem spać. Tylko żaby głośno rechotały, jakby na wyższym nieco tonie jak te u nas.
            Rano wspólnie odmówiliśmy brewiarz i po śniadaniu wybraliśmy się motokarem do Indiany. Indiana stanowi centrum naszego wikariatu. Zostałem tam kilka dni. Jest dużo spokoju i ciszy. Dobre kokosy, można pójść nad Amazonkę połowić ryby. W Indianie jest ekipa misjonarska. Ksiądz, trzy siostry zakonne i dwie osoby świeckie. Wszyscy oni są meksykańczykami. W Indianie jest katedra i dwie kaplice. W tych trzech punktach celebruje się Eucharystię, a jak nie ma chwilowo proboszcza, to liturgię Bożego Słowa.
            Wróciłem do Mazán, żeby wspólnie z José i młodzieżą popłynąć do jednej wioski na rzece Napo. Z prądem rzeki tylko dwie i pół godziny w jedną stronę. W tym pueblo proboszcz sprawował liturgię Słowa. Zebrało się sporo ludzi. Ta celebracja zbiegła się z rocznicą śmierci jednego z katechistów w tej wiosce i także śmierci dziadka i wnuczki. Młodzież, która popłynęła z nami jest bardzo zaangażowana w życie parafii. Na tej liturgii, chłopcy świetnie śpiewali. Po liturgii poszliśmy na rodzinny cmentarz. Nie ma tam jednego, każda rodzina ma swoje miejsce pochówku zmarłych. Kiedy José kropił groby wodą święconą, poprosił aby to samo uczynili członkowie rodziny. Potem tradycyjnie było wspólne zdjęcie z księdzem i posiłek dla wszystkich. W tym miejscu trzeba przyznać, że potrafią się świetnie zorganizować. Są bardzo wspólnotowi. Jadłem ryż z juką i kawałkiem sanchavaca, czyli carne de monte, czyli mięsem z lasu. Dobrze, że przeżuwałem powoli, bo prawdopodobnie straciłbym zęba, albo zrobił sobie nową plombę z ołowiu. Znalazłem cztery śruty w tym moim kawałku smacznego mięska.
            Wracając do Mazán, teraz płynąc pod prąd rzeki, zatrzymywaliśmy się prawie w każdej wiosce, żeby zostawić informacje o spotkaniu liturgicznym. Jest to najlepsza forma. Ludzie na wioskach często nie mają prądu, nie mają telefonów komórkowych. Będąc w jednym pueblo, podszedł do mnie mały chłopiec zainteresowany moją kamerą. Zapytał co to jest. Nigdy wcześniej nie widział. Wyjaśniłem mu i podeszliśmy do jego kolegów. Jeden z nich zapytał czy mam pieniądze, bo jestem biały, konkretnie jestem gringo. Więc spokojnie wytłumaczyłem, że nie jestem gringo, bo jestem tak jak padre José księdzem. Niestety w Ameryce Południowej białych kojarzą z bogactwem. Małe dzieci, a już tak myślą… Niektórzy biali, niestety, przybywają do takich do takich biednych wiosek, realizując jakieś swoje projekty i niestety rozdają pieniądze. W ten sposób robi się krzywdę tym ludziom. To nie jest ewangeliczne. Taka litość niczego nie poprawia w życiu tych ludzi. Utwierdza tylko postawy roszczeniowe. Takie powolne demoralizowanie. Biednym trzeba pomagać, to nie ulega wątpliwości, ale nie wolno pozbawiać ich przy takim pomaganiu ich godności, szacunku do samych siebie. Tu w Amazonii, jak obserwuję jest ogromna bieda, bardzo często bieda niezawiniona przez mieszkańców dżungli. Tak więc życie pomiędzy dwiema wielkimi rzekami Amazonką i Napo jest trudne. Jednak ludzie pomimo wszystko są szczęśliwi w jakiś sposób i z tą biedą swoją jakoś sobie radzą, żyjąc z dnia na dzień…

            Udostępnij

              Korzystam z wolnego czasu oczekując powrotu do Iquitos Beaty Prusinowskiej. Polecimy razem do El Estrecho. Będziemy razem na jednej misji. Bea jest świecką misjonarką. Postanowiłem po uprzednich ustaleniach z padre Ivanem, proboszczem w Tamshiyacu (Tamszijaku), że odwiedzę jego misję. Ivan jest tu, w wikariacie kilkadziesiąt lat. Pochodzi z Kanady. Niesamowita osobowość i niesamowite doświadczenie misyjne. Jest księdzem diecezjalnym.
              Wypłynęliśmy barką pasażerską do Tamshiyacu zaraz po obiedzie, koło godziny 13.00. Padał deszcz od rana, więc istniała obawa, czy tego dnia wypłyniemy. Była sobota. Wsiedliśmy na barkę, rozwiesiliśmy hamaki i… pojawił się problem z silnikiem, a raczej z śrubą. Coś ją blokowało. Motorniczy i załoga statku rozpoczęli poszukiwania przyczyny tej awarii. W tym dość mocno padającym deszczu wskoczyli do wody, która sięgała im prawie pod pachy. Cała akcja trwała prawie półtorej godziny. W końcu ruszyliśmy! Szkoda, że nie można zarejestrować na żadnym sprzęcie smrodu. Na tej barce był bardzo nieprzyjemny zapach, wręcz odór. Ale to nikomu nie przeszkadzało. Nie dziwię się temu, bo na barkach przewożą różne rzeczy, produkty spożywcze, zwierzęta i w tym wszystkim odnajdują się ludzie. Na barce jest dużo swobody. Każdy ma własny hamak, lub miejsce na ławce, albo podłodze. Gdzie jest wolne miejsce, tam można się ulokować. Przez cały czas podróży towarzyszył nam smród, hałas silnika, który był pod nami i oczywiście współtowarzysze podróży. Obok mnie, w swoim hamaku baraszkowały dzieci. Ciągle mnie obserwowały jako niecodzienne zjawisko przyrodnicze, bo cały czas były blisko białego człowieka. Ciekawe doświadczenie dla obu stron…
              Po niecałych dwóch godzinach płynięcia najpierw rzeką Itaya (Itaja), a potem słynną Amazonką, dopłynęliśmy do celu. Przestało padać, kiedy około godziny 17.00 opuściliśmy barkę. Po drodze do domu kupiliśmy pieczywo na kolację. Czekali na nas Gabriel, świecki misjonarz z Kanady pochodzący i Tedi, który w tym roku wstępuje do seminarium duchownego w Iquitos. Wieczorem poszliśmy odprawić Eucharystię. I tak dobiegał końca mój pierwszy dzień w misji Tamshiyacu.
              W niedzielę odprawiliśmy poranną Eucharystię. Potem było śniadanie: pieczywo, ser, miód, owoce. Śniadanie lekkie i pożywne. I oczywiście kawa. Odwiedziłem siostry zakonne i poszedłem z jedną z nich do ośrodka rehabilitacyjnego, który prowadzą. Chwilkę tam pobyłem i wróciłem do domu. Zdążyłem trochę zwiedzić okolicę. Tamshiyacu zamieszkuje około siedmiu tysięcy ludzi. Są szkoły, nawet ładny rynek, a raczej plac. Niewielki port i promenada. Ludzie żyją raczej ubogo. W tej miejscowości jest zasadniczo wszystko, co potrzebują do życia. Prawie wszystko można kupić. Nawet jest mały hotelik dla turystów. Całą dobę jest prąd. To jest pewien luksus w tych amazońskich klimatach. Woda, jak raczej wszędzie – z deszczu. Brakuje internetu. Jest jedynie tylko w miejscowym budynku administracji.
              Po obiedzie popłynęliśmy łodzią motorową, która jest własnością parafii do Grand Perú. Jest to niewielka wioska nad Amazonką. Liczy około czterystu osób. Na Mszy św. zgromadziła się prawie jedna trzecia mieszkańców. I chwilowo, tak mimochodem pies i kurczak się pojawiły. Nie mogło zabraknąć małych, gryzących muszek i komarów – nieodłącznych towarzyszy człowieka. Cała Msza trwała prawie dwie godziny. Niektórzy może i przyszli pierwszy raz na liturgię. Jednak wszyscy byli zaangażowani w jej celebrację. Bardzo żywiołowi i spontaniczni. Śpiewali, pląsali, klaskali w dłonie. W trakcie kazania niektórzy zadawali pytania. Kolejne ciekawe doświadczenie dla mnie – białego europejczyka. W czasie trwania Mszy św. rozpogodziło się. Stało się jeszcze cieplej. Ciekawa sprawa, bo po Eucharystii gospodarze domu, z tego powodu że zapewne w intencji zmarłych z ich rodziny była Msza, poczęstowali wszystkich uczestników sytym posiłkiem. Każdy dostał przysłowiową „michę”. Taka swoista agapa. Od stołu Chleba wiecznego do stołu chleba powszedniego. Wszyscy byli bardzo z tego faktu zadowoleni. W trakcie, gdy spożywaliśmy ze smakiem ryż, maniok i kawałek kurczaka, popijając napojem z owocu kakao, gospodarz śpiewał pieśni w przeddzień narodowego święta Peru – dnia niepodległości, który obchodzony jest 28 lipca.
              Po Eucharystii i agapie wróciliśmy do naszej łodzi, przycumowanej i kołyszącej się bezwiednie przy brzegu Amazonki. Zachód słońca rzucał piękną poświatę na taflę wody. Zaraz przypomniałem sobie nasze rzeki Wisłę, Odrę, Bug…, nad nimi też pięknie zachodzi słońce… Szybciutko wróciliśmy do parafii radośni i najedzeni. Czekała nas jeszcze inna atrakcja. Siostry Misioneras Eucaristicas de Maria Inmaculada pracujące w tej misji, które pochodzą z Meksyku, przygotowały z okazji wspomnianego święta Peruwiańczyków, loterię pieniężną „BINGO”. Nigdy wcześniej nie grałem w żaden hazard. Ale tym razem cel był słuszny. Zbierały fundusze na wspomniany ośrodek rehabilitacji. Kupiłem trzy kupony z numerami. I oczywiście nic nie wygrałem. W bingo grają niemal wszyscy. Wieczorem, przy zapalonych ulicznych lampach, głośnej muzyce zebrało się bardzo dużo ludzi. Posiadali gdzie się dało usiąść, małe dzieciaki biegały bardzo podekscytowane, że coś się w wiosce dzieje. Młodzi i starzy czekali na rozpoczęcie gry. Loterię poprowadził jakiś miejscowy urzędnik. Były trzy tury i do wygrania 50, 100 i 150 nowych soli. Peruwiańczycy chyba lubią bingo, bo wszędzie jest bardzo popularne. Żeby jeszcze chcieli wygrać z narkomanią, prostytucją i przemocą. Żeby chcieli wygrać swoje trwałe małżeństwa i rodziny. Byłoby super. Siostrzyczki zapewne sporo zebrały z tej gry, tak bardzo popularnej i lubianej przez tych ludzi. Życzę siostrom wytrwałości w trudach ewangelizacji, a nie jest to łatwe zadanie w takich warunkach społecznych, ekonomicznych, kulturowych. Oby się to wszystko kiedyś z Bożą pomocą udało. Panie Jezu, spraw żebyśmy mieli siły i odwagę proponować Twoje zasady gry, by wszyscy, z którymi się spotykamy i spotkamy zechcieli te zasady przyjąć i według nich żyć, żeby wygrać życie wieczne – BINGO!
              Pierwszy raz pływałem łodzią po Amazonce. Kupiliśmy za 50 soli benzynę i popłynęliśmy do Nuevo Maranaca jednej z wielu wiosek, oddalonej od Tamshiyacu jakąś godzinę. Z najdłuższej rzeki świata odbiliśmy w jej dopływ. Wioskę zamieszkuje kilkadziesiąt rodzin. Do kaplicy na niedzielną liturgię Słowa Bożego przychodzi do kilku osób. Przewodzi tej wspólnocie „animador”, czyli animator – katechista. Już od 37 lat odpowiada za tę malutką wspólnotę Kościoła powszechnego. Natomiast kaplica istnieje 32 lata. Takich punktów z animatorami, czy też liderami małych wspólnot jest bardzo dużo w naszym wikariacie. I dzięki Panu Bogu, że trwają, że nie zrezygnowali z Ewangelii, że nie poszli do jakiejś sekty, których w Peru jest bardzo dużo. W drodze do tej osady w dżungli towarzyszyli mi Gabriel oraz pan Francisco, nasz motorniczy. Siedział obok i pełnił zaszczytną funkcję pilota wyprawy. Gabriel dbał o kamerę i filmował, mnie przypadła przyjemność prowadzenia naszej łodzi.

              Udostępnij

                Po pobycie w Limie nadszedł dla mnie czas zmiany miejsca pobytu. Czasowo, bo tylko na około sześć tygodni zatrzymałem się w Iquitos. To miasto nazywane jest „wrotami do dżungli”. Kiedy z Limy wylatywałem w sobotę samolotem do Iquitos niemałym opóźnieniem, bo trzydziestominutowym, o godzinie 17.30 zająłem miejsce na pokładzie linii lotniczych LAN. Lubię siedzieć przy oknie i też tak siedziałem. Niebawem stało się na zewnątrz ciemno i ponuro. W Peru godzina 18.00 oznacza, że wchodzi się w noc. Szybko staje się ciemno. Ta ciemność nie trwała jednak długo w samolocie, bo po przekroczeniu pułapu chmur rozpościerał się przepiękny widok. Tak jakby wstawał nowy dzień. Piękny świt poranka. Brzask nowego dnia. Z innej strony ta świadomość, że to zachód słońca, że dzień się chyli, że gdzieś tam na dole jest już ciemno… Jednak ten blask zachodzącego, czy wschodzącego słońca przypomina mi o jednym: „Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności”. Byłem ponad górami. Ponad chmurami. Byłem bliżej słońca. Całe stworzenie jest piękne, bo Pan Bóg jest piękny. Całe stworzenie jest dobre, bo Pan Bóg jest dobry. Całe stworzenie jest prawdziwe, to na które patrzymy, bo Pan Bóg jest prawdziwy.
                Nareszcie! Samolot dotknął płyty lotniska. Wylądowałem w Iquitos. Pierwsze wrażenie? W chwili wychodzenia z samolotu, to tak jakbym otworzył drzwi do sauny. Uderzenie ciepła i wilgoci. Na lotnisku czekała na mnie Gabrysia (wspominałem już o Niej). Opuściliśmy teren lotniska, by „motocarro” pojechać do domu. Jest to bardzo specyficzny pojazd. Rodzaj rikszy. Poza lotniskiem jest dużo taniej. Za utargowane dziewięć nowych soli, więc w przeliczeniu prawie dziesięć złotych, pojechaliśmy do domu naszego wikariatu. Po drodze był wyścig z innymi „motocarro”, kilkukrotne łamanie przepisów drogowych z jazdą na czerwonym świetle na przykład. Tak się jeździ w Iquitos. Samochodów nie ma dużo. Zasadniczo „motocarro” i skutery oraz motocykle.
                Po jechaliśmy coś zjeść. Tak się napchałem kurczaka, frytek i ryżu, że nie mogłem w nocy również przez to spać. Było bardzo ciepło. Pierwsza noc w Iquitos nieprzespana. Przez zmianę klimatu. Taki bardzo szybki przeskok z zimy do lata. Właściwie w tej części Peru nie ma pór toku. Jest zawsze ciepło. Przed snem wziąłem prysznic. I zanim się położyłem, znów byłem cały mokry.
                Właśnie w tej chwili, gdy siedzę na werandzie i piszę, obserwuję jak mały koliber zbiera kwiatowy nektar – fajne to jest! To, czego się człowiek dowiadywał i uczył na lekcjach biologii, teraz można zobaczyć na własne oczy.
                Na drugi dzień, w niedzielę spotkałem się z ks. Pawłem Staniosem. Sprawowaliśmy razem Eucharystię w Jego kościele. Jest proboszczem w parafii pw. św. Antoniego z Padwy w Iquitos. W samym milionowym mieście jest dziewiętnaście parafii. Kilka z nich obsługują księża z Polski. Wszyscy są z diecezji płockiej. Pracują tutaj niektórzy z nich już długo.
                Kiedy się jakoś oswoiłem z nowym miejscem, zacząłem zapoznawać się z osobami, które pracują w naszym wikariacie. Przylatują lub częściej przypływają do Iquitos, żeby załatwić jakieś sprawy związane najczęściej z pracą w punktach misyjnych. Również ja, podjąłem przy pomocy jednej sekretarki starania o rozpoczęcie kursu na motorniczego barki. Okazało się jednak, iż nie mogę teraz, bo kurs jaki miał się rozpocząć końcem lipca jest dla kandydatów na kapitana. Nie jestem Peruwiańczykiem i kapitanem być nie mogę. Ostatecznie muszę poczekać na swój kurs do września najprawdopodobniej. Kilka lat temu zrobiłem patent na sternika motorowodnego. Ale Peru nie ma podpisanej żadnej umowy z Polską, więc w tych warunkach jest nieważny. Tu w Peru wydają każdej osobie pełnoletniej taki dokument bez żadnego problemu i bez żadnego kursu, więc w ciągu zaledwie dwóch dni otrzymałem takowy, odpowiednik tego europejskiego. Fajnie, bo przynajmniej to mam z głowy! Mogę spokojnie pływać małą łodzią motorową, lub inną – nawet z wiosłami. Dziękuję dobremu Panu Bogu za każdy dzień, który mi daje przeżyć w nowej i zupełnie innej rzeczywistości jaką jest Peru.

                Udostępnij

                  Z bardzo krótkiej perspektywy czasu, bo zaledwie kilku dni od momentu opuszczenia stolicy Peru, mogę powiedzieć, że pobyt w Limie był bardzo owocny. Samo życie w wielkim mieście jak dla mnie nie jest tak fascynujące. Odnoszę wrażenie, że wszystkie duże miasta mają wiele wspólnego. To nawet nie jest wrażenie, a raczej fakt. Zachodzi jednak pewna różnica. Dotyczy to sposobu funkcjonowania. Egzystencji ludzi. Chociaż problemy są jednakowe, to jednak sposób ich rozwiązywania jest trochę inny. Z moich skromnych obserwacji dostrzegłem sporo pozytywnych momentów, zdarzeń. Przy mojej jeszcze słabej znajomości chociażby języka hiszpańskiego, czy raczej tu w Peru, Castellano. Gdy rozmawiałem z przygodnymi osobami, okazywali wobec mnie ogromną życzliwość i gotowość pomocy. Zderzyłem się z peruwiańską biurokracją, bo ponad miesiąc (a to jest niedługo!) załatwiałem carné de extranjería, czyli karnet obcokrajowca. Jest to dokument pozwalający swobodnie poruszać się w Peru. To taki rodzaj dowodu osobistego. W limie doświadczyłem tak zwanej „hora peruana” – godziny peruwiańskiej. Polega na tym, że ktoś umawia się na konkretny czas, ale nie oznacza to, że to jest ten konkretny czas. To uczy cierpliwości. Kolejna zasada, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kto jeździ motocyklem, to dobrze rozumie co to znaczy. Na każdym skrzyżowaniu stoi policjant lub policjantka. Kierują ruchem. I dobrze, że kierują, bo inaczej człowiek mógłby stać na przejściu la pieszych nawet dwadzieścia minut i nie mógłby przejść przez jezdnię, nawet gdy zapali się dla pieszych zielone światło. Ciekawe zajęcie mają policjanci. Stoją tak na skrzyżowaniu i gwiżdżą gwizdkiem i machają pałką praktycznie non-stop. Że też ich usta nie bolą? Dom naszego wikariatu w Limie znajduje się przy dość ruchliwym skrzyżowaniu ulic, więc hałas jest cały czas. Jednego czwartku, czekając na znajomych w centrum miasta, przy La Plaza Mayor, byłem świadkiem pewnego zdarzenia. Otóż wokół tego placu jeździł wóz opancerzony z armatką wodną. W naiwności swojej myślałem, że to jest jakaś impreza lokalna, jakiś pochód , defilada będzie… Dużo policji stało, uzbrojonej po zęby. Okazało się niebawem, że ludzie zaczęli szykować się do demonstracji antyrządowej. W pewnym momencie przy skandowaniu tłumu, policja zaczęła lać wodą tych demonstrantów i spychać w boczną ulicę. Zatrzymano ruch samochodów, żeby opanować demonstrujących obywateli. Dla mnie to był taki mały obrazek ze stanu wojennego u nas. Turyści natomiast stali, lub chodzili przyglądając się, co się dzieje. Innym razem w niedzielne południe przed naszym domem, ulicą przeszła inna demonstracja, a raczej taki pochód zwolenników jakiegoś kandydata na „alcalde”, to ktoś w rodzaju burmistrza, lub może też radnego. Taki mały pochód z orkiestrą nawet i skandowanymi sloganami, jak zawsze w takich defiladach bywa.
                  Była też jedna zabawna sytuacja, kiedy we trzech, to jest Grzesiek, Fernando i ja, poszliśmy na pizzę oczywiście do takiego miejsca gdzie serwują tylko pizzę. Takie same lokale, bardzo duże są w Polsce. Spytałem kelnerkę czy można zapłacić dolarami. Odpowiedziała, że tak, jak najbardziej. Kiedy przyszło do płacenia, a była już godzina zamykania lokalu, podałem jej dolary i okazało się, że nie przyjmie, bo to jest za duży nominał. Dałem sto, licząc przy tym, że mi rozmieni przy okazji. Powód jeden, że to jest fałszywka. Więc zrobiliśmy zrzutę soli i kiedy zatrzymaliśmy taxi, powiedziałem kierowcy, że mam tylko dziesięć soli i sto dolarów. Zawiózł nas za te dziesięć soli, chociaż normalnie powinno być dwa razy więcej.
                  W każdą niedzielę chodziliśmy z Fernandem do kościoła parafialnego św. Antoniego z Padwy, do franciszkanów. Z buta tylko kilka minut od naszego domu. Tu w Peru i w całej Ameryce Południowej Kościół przy wszystkich problemach, jakie ma jest bardzo żywy i aktywny. Widać w tych, co uczestniczą w Eucharystii wewnętrzną wolność. Nie widzą problemu, by animować śpiew, by czytać komentarze do liturgii słowa, by czytać czytania. Nie trzeba o to ich prosić, czytają nawet ogłoszenia parafialne. Wszyscy, którzy siedzą w ławkach też są bardzo zaangażowani w liturgię. Śpiewają głośno, odpowiadają na wezwania księdza. Nawet kazania słuchają bardzo aktywnie. Niektórzy kiwają głową, inni głośno się śmieją gdy ksiądz powie coś, co ich rozbawi, ktoś inny ucina sobie drzemkę w drugiej ławce przed mówiącym kazanie księdzem. Niektórzy widziałem, że nawet dyskutowali między sobą w trakcie kazania. I to jest dla nich takie normalne. Niektórzy się spóźniają na Mszę św. I prawie wszyscy przed Eucharystią rozmawiają, witają się, niektórzy robią sobie zdjęcia pamiątkowe, bo akurat jest ich Msza. Też się spowiadają. Jest to Kościół radosny. Rzeczywiście modlą się. I obowiązkowo po każdej Mszy św. ksiądz musi ich pobłogosławić i pokropić święconą wodą. Święcona woda jest bardzo ważna. Odnieść można wrażenie, że jest ważniejsza niż cała Eucharystia. Nie należy tego osądzać i oceniać, gdzie ludzie są bardziej wierzący, w Polsce, czy tu, w Peru. Oni mają swoją kulturę, zwyczaje, obrzędy, tradycję. Mają taką a nie inną religijność i pobożność. I dzięki Panu Bogu, że nasz Kościół jest Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski, a przy tym tak różnorodny w tej jedności.

                  Udostępnij

                    Czekając ciągle na wizę skorzystałem z okazji, żeby pojechać na uroczystość poświęcenia nowego kościoła w Curcubambie (Surkubambie). Tu w Peru długie trasy pokonuje się środkami transportu publicznego typu autobus, samolot, barka. Jazda samochodem może być bardzo męcząca i nawet niebezpieczna. Więc wybraliśmy się wygodnym autobusem. Porównałem sobie jazdę na odcinku Warszawa – Wrocław (ok. 5 godzin) siedzenia w mało komfortowym fotelu i wygodę podróżowania z Limy do Huancayo (Uankajo), bo właśnie jechaliśmy do miasta u podnóża Andów, gdzie są polscy misjonarze. Całą noc przespałem w bardzo wygodnym , rozkładanym fotelu. Oczywiście na kolację każdy otrzymał ciepłą kanapkę, oraz do wyboru kawę lub herbatę z liści koki. Wybrałem oba napoje. Ich działanie przydało się gdy przejeżdżaliśmy przez Przełęcz Ticlio. Nie miałem już problemów z ciśnieniem jak ostatnim razem. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Huancayo. Taxi pojechaliśmy do parafii. Była akurat poranna Eucharystia, więc przez kościół wszedłem jak gdyby nigdy nic na plebanię. Jakoś wszyscy się zorientowali, że jestem padre, bo jestem biały. Zaraz też przyszła z kościoła gospodyni i nas ugościła. Piszę nas, bo byłem w towarzystwie Eriki i Gabrysi, która prowadzi w Iquitos „comedor”, czyli jadalnię dla biednych dzieci – inaczej mówiąc, prowadzi świetlicę środowiskową dla nich. Kieruje tą świetlicą już piąty rok.
                    O godz. 11.00 była Msza św. z procesją Bożego Ciała po ulicach Huancayo. Przewodniczyłem tej Mszy św. i z ks. Maćkiem, który tam posługuje ponieśliśmy Pana Jezusa do czterech ołtarzy. Na początku wszyscy myśleli, że jestem padre Pablo, który ma tam przyjechać niebawem (byłem z Pawłem na przygotowaniu w CFM w Warszawie). Dla mnie osobiście takim ciekawym doświadczeniem było, kiedy wszyscy prosili o pokropienie ich święconą wodą. Pokropienie, to słabe słowo. Polanie ich wodą jest bardziej adekwatne. Czyni się tak po każdej Mszy św. W czasie procesji jedna kobieta się oburzyła trochę na mnie, że ją pominąłem. Wróciłem więc i ją mocno pokropiłem, ku jej zachwytowi.
                    W poniedziałek wyruszyliśmy w drogę, do wioski położonej w Andach. Pogoda nam sprzyjała. Świeciło słońce, nie wiało. Było jednak chłodno, a nawet zimno w chwilach zachmurzenia. W górach i nie tylko w górach misjonarze przemieszczają się terenówkami. Bynajmniej nie dlatego, że mają takie widzimisię, albo taka moda, albo że ich stać na taki samochód. Jeśli ktoś sobie wyobraża szutrową drogę, gdzieś na budowie lub w lesie, to w Peru a szczególnie w górach i środkowej selwie (dżungli) są tylko takie drogi, często poprzecinane strumykami niewinnie mruczącymi w porze suchej, i większymi potokami, przez które normalna osobówka raczej nie przejedzie. W miastach a i owszem są asfaltowe. Kolejny powód, to taki, że wysoko w górach brakuje tlenu i jest rzadkie powietrze. Więc muszą posiadać te samochody mocne silniki i mocną sprężarkę.
                    Wyjeżdżając z Huancayo na trzy terenówki, zabraliśmy ze sobą rzeczy potrzebne na dwa dni. Zaplanowany był nocleg, ale nie bardzo wszyscy wiedzieliśmy gdzie spędzimy noc. Na pewno w Curcubambie. Skończył się asfalt, skończyła się cywilizacja. Droga w nieznane. Nikt z nas oprócz jednego księdza nie był nigdy w Curcubambie. Podróż miała trwać pięć godzin. Wyszło wszystkiego sześć z hakiem. Piękne widoki, malownicze krajobrazy. I droga piaszczysta i potem kamienista, przecinana miejscami rwącą wodą, z mostkami drewnianymi, jakby przed chwilą je ktoś ułożył specjalnie dla nas, jadących na fiestę. Siedziałem na tylnym siedzeniu. Podziwiałem przyrodę. Potęgę Andów. Myślę, że człowiek może w jakiś sposób ujarzmić przyrodę. Zamknąć ją w rezerwaty. Może ją niszczyć, ale nie może ostatecznie zawładnąć nią, nie może jej ograniczyć. Bo ograniczyłby wówczas Stwórcę. Piękno przyrody między innymi wyraża Jego potęgę i Jego piękno. Oglądałem zatem potęgę i piękno Boga. Podziwiałem zbocza strome i wysokie nad nami jakby uśpione, drzemiące, gotowe w każdym momencie swego istnienia dosłownie wypluć kamienie i głazy na niepokornych. Ich wysokość pokryta zielenią i wyschniętą trawą wysmaganą andyjskimi wiatrami. Przydrożne kaktusy, ostrzegające przed niebezpieczeństwem śmierci, dla tych, którzy pochylają się nad przepaścią. Pan Bóg miał fantazję stwarzając w swoim czasie te Andy. Z jednej strony strome zbocza, a z drugiej głębokie przepaście, dające życie, bo płyną w nich potoki, przy których to życie kwitnie: niewielkie osady ludzkie, pasące się krowy, owce, osły i oczywiście lamy i alpaki. Zastanawialiśmy się w drodze dlaczego i jak ci ludzie żyją w takim klimacie i na takich wysokościach? Dwie odpowiedzi wysnuliśmy wspólnie. Pierwsza, to taka, że on kochają swoją ziemię. Są dziećmi Paciamamy – Matki-Ziemi, która daje im wszystko w ich rozumieniu. I Druga odpowiedź jest taka, że ich obecność w Andach, tam bardzo wysoko, obecność zorganizowana, mająca swój rytm życia, pracy, nauki, odpoczynku ogranicza w dużym stopniu rozprzestrzenianie się terroryzmu „Świetlanego Szlaku” i przemytu narkotyków. Jednak nie wszyscy zostają wysoko w Andach. Młodzi uciekają do miast…
                    W końcu dojechaliśmy do Curcubamby. Miejscowość pięknie położona na wysokości tylko 2600 m.n.p.m. Mieszkańców liczy ponad tysiąc z pięknym, nowym kościołem, czekającym na poświęcenie. Przybył też biskup. Bardzo wymowny był moment, w którym alcalde, to znaczy burmistrz wręczał klucze świątyni biskupowi. Ten kościół wybudowali ksiądz Krzysztof i jego parafianie z Curcubamby. Msza była uroczysta. Kilku księży z Polski, pracujących w okolicach odwiedzonej parafii, przedstawiciele władzy lokalnej, żołnierze z pobliskiej jednostki, nauczyciele i uczniowie ze szkoły, parafianie. Biskup miał małą asystę w osobach dwóch miejscowych chłopaków . Byli porządnie ubrani – jednakowo. Trzymali mitrę i pastorał. Miał miejsce mały, komiczny akcydent. Otóż, kiedy biskup wygłaszał kazanie, a nie było krótkie (słynie z długich kazań) jeden z chłopców, zapewne bolały go nogi, usiadł na tzw. Tronie biskupa i sobie siedział. Po kilku dźwiękowych, a charakterystycznych sygnałach z naszej strony, zreflektował się i znowu stanął. Po Eucharysti i poświęceniu świątyni, alcalde zaprosił biskupa i nas na kolację do miejscowej „restauracji”. Takie większe pomieszczenie z kuchnią, a raczej coś podobnego do kuchni. Zaserwowano rosół z kury i inne dania. Jednak ten rosół był wyjątkowy, bo z kury i z gotowanym jajkiem w skorupce. Nie ukrywam, że to mnie trochę zaskoczyło. Wytłumaczyli mi, że to jajko jest po to, żeby zaznaczyć, że rosół jest z kury, a nie koguta czy kurczaka. Inne potrawy to prażona kukurydza, gotowane ziemniaki na zimno, ryż który jest zawsze na stole peruwiańskim, tak jak w Polsce jest chleb.
                    Wróciliśmy na plebanię, żeby jeszcze porozmawiać, pobyć z sobą, nacieszyć się sobą. Na misjach jest to bardzo cenne, móc spotkać się. Takie okazje do spotkań nie są takie częste, bo praca parafialna (objeżdżanie wiosek), ogromne odległości są często przeszkodą do częstych spotkań. Nieraz trzeba przejechać kilka godzin, żeby wypić kawę, wyspowiadać się. Takie jest życie misjonarza.
                    Rano wyruszyliśmy w drogę powrotną. Widoki te same, i droga ta sama. Ale inne przygody. Ksiądz Maciek złapał kapcia. Całe szczęście, że zaraz za wioską i że był drugi samochód. Szybko uporaliśmy się ze zmianą koła. Czas nas trochę gonił, bo musieliśmy wrócić do parafii przed siedemnastą. Na tej trasie z Huancayo do Curcubamby jest najwyższy punkt, który liczy 4525 m.n.p.m. dało się odczuć taką wysokość.

                    Udostępnij