Ks. Tomasz Cieniuch

Tomasz Cieniuch

Przedwczoraj pojechałem, jak zwykle w poniedziałek, zaszczepić się. Wszystko przebiegło sympatycznie, szybko i bezboleśnie. Wróciłem do domu, zadowolony i pełen wigoru. Noc przebiegła spokojnie, jak prawie każda… Kiedy obudziłem się rano, poczułem ból głowy. Niskie ciśnienie – pomyślałem sobie i jak zwykle miałem przed sobą kolejny piękny dzień… Piękno dnia skończyło się po wypiciu porannej kawy przy śniadaniu. Łeb naparzał jeszcze bardziej! Zacząłem się zastanawiać, co się ze mną dzieje? I tak przetrwałem do obiadu. Po nim, pojechałem na małe zakupy, a ze mną coraz gorzej się działo. Kiedy wróciliśmy (nie byłem sam), na naszej ulicy z megafonu rozlegał się tubalny głos: „Mieszkańcy ulicy Byszewskiej, za pół godziny zostanie odcięta woda z powodu awarii!” Kilkakrotnie powtarzali ten komunikat. Kiedy wszedłem do naszej kuchni, nasz ks. dyrektor napełniał wodą dwa duże garnki, więc zacząłem pomagać Mu w tej czynności. W końcu dyrektor zajął się przygotowywaniem kolacji, a ja…nalewałem dalej wodę dosłownie do wszystkich garnków i garów. Finalnie, do dwóch plastikowych beczek (każda po 110 litrów). Uzbierało się tego trochę w tej naszej domowej kuchni… W chwili, w której dolewałem wody do ostatniej beczki, nasz ks. dyrektor oznajmił, że „alarm odwołany!” Taki mały psikus warszawskich hydraulików… Rzeczywiście rura pękła i odcięli tylko część budynku od H2O. I całe szczęście! Zapomniałem nawet, że mnie głowa bolała. Nie ukrywam, że trochę się zmęczyłem, ale czego się nie robi dla sprawy! Potem zjadłem kolację i się zaczęło na dobre… czułem, że mnie coś bierze. Położyłem się do łóżka ok. godziny 19.00. Serum zaczęło działać! Na zmianę dreszcze i poty i tak do drugiej w nocy. Potem zasnąłem jak osesek. Dziś rano wstałem jak gdyby nigdy nic. Różni ludzie różnie mówią, ale ja wziąłem szczepionkę przeciw meningokokom. Tak na wszelki wypadek, żeby nie było to i tamto. Dlatego tak mną trzepało i zalewały mnie poty… Dzięki Panu Bogu jestem zdrowy i ciągle gotowy do wyjazdu!

Natomiast foto garów jest w galerii…

„Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.” (Mk 3,13-19)

To fragment Ewangelii, którą dziś czytaliśmy w liturgii Mszy św. Znam ten urywek dość dobrze. Jednak ilekroć czytam go, zastanawiam się, co w nim jest szczególne dla mnie? Szok, zadziwienie, osłupienie, przyjaźń? Moje osobiste doświadczenie Słowa: „…przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego.”  Oni pozwolili Mu wybrać się. Jezus jest taki delikatny i subtelny i jednocześnie konkretny! Bóg jest konkretny. W tym całym zamieszaniu, różnych sprawach, obowiązkach lepiej czy gorzej spełnianych, On „sam” wybiera.

Tutaj, w CeFoMie jest sporo czasu, żeby słuchać i usłyszeć i uczyć się odwagi. Pozbywać się lęków i wątpliwości. Nie pojadę na misje, jeśli nie będzie we mnie tego, że On „sam chciał i oni przyszli do Niego”, bo bez Jego wyboru nie będę w stanie nic zrobić. Wszystko będzie jałowe. Bez błogosławieństwa.

Im bliżej końca przygotowań, tym większy ogarnia (tak po ludzku) strach. To nie jest tak, że siedzimy sobie w idealnych warunkach. Tu rozgrywa się walka. Taka duchowa walka o Jego i nasz wybór. Każda nasza Eucharystia, każdy sakrament spowiedzi, każda – choćby najkrótsza modlitwa – jest odpowiedzią na Jego wybór. Po ludzku, bywają chwile, że człowiek „wymięka” i myśli czy to wszystko ma znaczenie i sens. Ale cały czas Jezus jest i mnie i innych w tym domu „sam” wybiera. I dla mnie jest to taki punkt odniesienia. Z każdym dniem uświadamiam sobie kim jestem dla Jezusa i co dla Niego chcę zrobić. Samo życie!

Dwa dni temu minął półmetek naszego przygotowania do wyjazdu na misje. Taki mały przełom. Życie nabiera tempa. Rozpocząłem szczepienia ochronne: WZW A+B, tężec, błonica, polio, dur brzuszny (tyfus), żółta gorączka (febra), wścieklizna, gruźlica, meningokoki… Oczywiście nie wszystkie naraz! Jest tego trochę. Przede wszystkim trzeba się zaszczepić jeszcze większą wiarą i zaufaniem do Pana Jezusa. To nie jest pobożne życzenie, ale rzeczywistość wiary. Bez tego elementu wszystko traci na znaczeniu i gubi się sens misji!

Dziś w naszej kaplicy domowej, w ramach przygotowania językowego, odprawialiśmy Mszę św. po hiszpańsku. Przewodniczyłem i powiedziałem krótkie kazanie (oczywiście wcześniej przygotowałem przy pomocy naszej konwersatorki). Ciekawe doświadczenie. Każda Msza św. jest taka sama, a jednak zawsze inna… Szczególnie, gdy sprawowana jest w innym języku. Ważne, żeby rozumieć samemu, co się czyta i mówi. Oczywiście zapomniałem jednego zwrotu. Wyleciało mi z głowy, ale pomogła nasza pani Ewa, która uczy nas hiszpańskiego od samego początku. Taki mały, permamentny udział wiernych świeckich w liturgii. Niby na zewnątrz byłem opanowany, ale małego stresa miałem. I chyba nie tylko ja.

Można się pogubić w tej hiszpańskiej gramatyce, ale już lepiej w niej jak w życiu. Przychodzi mi taka refleksja, że jeśli jest we mnie ogromna determinacja do nauki języka, to powinna być jeszcze ogromniejsza do budowania relacji z Bogiem… Przecież On jest tak blisko mnie! Jeśli ja jestem blisko Niego, to się nie pogubię nawet w tych gramatycznych zawiłościach języka hiszpańskiego. Być w Nim, być blisko Niego, to więcej znaczy niż cokolwiek innego. Wydawać by się mogło, że wszystko jest takie proste, a jednak ciągle do tego dojrzewam, by w Nim być, tak jak On jest we mnie za każdym razem, gdy przyjmuję Eucharystię. Fajnie jest być blisko Pana Boga! nawet samotność nie jest taka samotna i On zapełnia wszystkie pustki, tęsknoty, pragnienia.

Dzisiaj od rana w Warszawie sypie śnieg. Świat stał się bardziej kolorowy. Jakby jaśniej się stało. Kiedy ma się świadomość, że to chyba ostatnia zima, którą się przeżywa w kraju, jakoś inaczej ją się postrzega. Jest po prostu inna. Nie wiem, kiedy będzie następna w Polsce… Dowiedziałem się, że teraz w Iquitos (na końcu świata – tak określiła to miejsce nasza konwersatorka) jest 39 st. C., czyli po hiszpańsku: hace muy calor!

Dziś, na całego ruszamy w naszej hiszpańskojęzycznej grupie. Msza święta w języku hiszpańskim i kazanie także. Czekam na swoją kolejkę… Ciekawe doświadczenie.

Cały nasz dom jakoś szczególnie jest ożywiony w tych dniach. Możliwe, że przez podział na grupy językowe, bo siedzimy przy osobnych stołach w jadalni. Każdy gdzieś podskórnie czuje, że już blisko koniec, bo jeszcze cztery miesiące przygotowań w CeFoMie.

Dzisiaj mamy też  kolędę. Nawet pokój posprzątałem(?). Jest radość!

Przyjechała już do nas Erika. Jest konwersatorką języka hiszpańskiego. Pochodzi z Limy w Peru. Będzie pełna kontrola jakości i ogromna pomoc w nauce. Koniec obijania się! Co nie znaczy, że nic nie robiłem do tej pory jeśli chodzi o naukę hiszpańskiego.

Życie toczy się normalnie, ale w języku latynoamerykańskim…

Chociaż kończy się piękny czas Bożego Narodzenia, chociaż minął Sylwester, to ja mam taki mały adwent… czekanie na wylot do Peru. Twórcze czekanie. Cztery miesiące przygotowań: oswajanie się z myślą, że to już niedługo, więcej modlitwy, nauka hiszpańskiego, szczepienia ochronne, myślenie o bagażu, zakup biletu na samolot, testament…(na wszelki wypadek). Taki mały adwent.

Mieszkam teraz w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Niedawno jeszcze mówiliśmy, że przed nami dziewięć miesięcy przygotowań do wyruszenia w różne strony świata. Teraz dociera powoli myśl, że już tylko niecałe pięć miesięcy bycia razem w naszym domu i… na misje. Ktoś niedawno powiedział mi, że ten rok jest przełomowy w moim życiu. I ma rację. Wszystko się zmieni.. Jednak świadomość, że stajemy się misjonarzami i misjonarkami Jezusa pozwala pokonać obawy i lęki związane z wyjazdem z kraju. I chyba nie są ważne pytania dlaczego jedziemy, dlaczego tak daleko, dlaczego na tak długo? Ale ważne jest pytanie: jak? Jak najlepiej wypełnić to, co Pan Bóg składa w nasze serca? Jak wykorzystamy to, co proponuje dla nas Jezus?