Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Moi drodzy czytelnicy i fani misji!

Uprzejmie informuję, że jest już możliwość działania. Zostało aktywowane konto bankowe. Jedyna trudność, to trzeba podać przy wpłacie wszystkie dane BANKOWE zawarte w zakładce: „PATRONAT MISYJNY”. Dla wyjaśnienia podam, że w tej zakładce jest podane inne konto (to pierwsze) dla wpłat złotówkowych „Patronatu Misyjnego”. Niektórzy mnie pytają, czy te wpłaty są „do wspólnej kasy czy dla konkretnej osoby?” Odpowiadam, że dla konkretnej osoby. Wielu z nas, to znaczy misjonarzy, którzy jesteśmy objęci przez ludzi tym patronatem, stanowi dla nas nieocenioną duchową wartość. Bo o to chodzi w tym Patronacie Misyjnym, żeby się za nas misjonarzy każdego dnia pomodlić, a przy okazji jeśli jest taka potrzeba serca dorzucić tak zwany „wdowi grosz”. Natomiast to drugie konto służy do wpłat także dobrowolnych, ale z przeznaczeniem na potrzeby dzieł i pracy misyjnej. Te dzieła i prace, to na przykład kupowanie benzyny, żeby pływać (w moim przypadku) do wiosek, zakup jedzenia (ryż, cukier, sól, olej, jajka), cukierków dla dzieci, środków czystości. Kiedy się odwiedza wioski, ludzie najczęściej  nie mają tych produktów, bo mieszkają bardzo daleko od większego centrum „handlowego” czyli większej wioski. Zakup jakichś materiałów formacyjnych, pomoc materialna najbardziej potrzebującym (tu wszyscy są potrzebujący), organizowanie spotkań, warsztatów dla katechistów i animatorów świeckich. To są tylko niektóre troski misjonarzy. Tak więc dla mnie, pierwsze konto jest kontem rezerwowym, na tak zwaną „czarną godzinę”. To drugie – dolarowe – na konkretne dzieła i prace misyjne. Na szczęście nie kasa jest najważniejsza w posłudze misyjnej. Najważniejsze jest z wiarą w sercu i radością głosić Ewangelię. Opowiadać o Panu Jezusie, o Kościele. I daj Panie Boże nam wszystkim i misjonarzom przede wszystkim żyć Prawdą Ewangelii.

Chciałbym przy tej okazji bardzo gorąco podziękować tym wszystkim z Was, którzy wspieracie w sposób duchowy i materialny moją posługę misyjną. Tu się żyje z łaski Bożej i ludzkiej. Tutaj w selwie gdy coś się zamierza zrobić, mówi się: „jak Bóg pozwoli…”

Dla Was kochani dedykuję ten piękny kwiat, który rośnie i kwitnie u nas w dżungli

20140809_171001

Nikt nie przypuszczał, że Amazonka i Napo ze swoimi dopływami tak „urządzi” ludzi… czyli moich parafian, którzy mieszkają w 62 wioskach rozsianych wzdłuż Amazonki i Napo z ich dopływami.

Ponad 7,700 gospodarstw z 42 wiosek w dystrykcie Indiana, prowincja Maynas, region Loreto zostały bez dachu, w wyniku wielkiej powodzi. Zarejestrowano blisko 1,900 chat całkowicie zakrytych przez wodę i 38 szkół poważnie uszkodzonych. Pani burmistrz Indiany Janet Reátegui wyjaśniła, że blisko 2,300 dzieci w wieku 0 – 10 lat są w niebezpieczeństwie zachorowania na różnego typu choroby z powodu klęski żywiołowej. “Domy zostały zatopione aż do dachu i jest konieczne ewakuowanie mieszkańców z tych osiedli w miejsca położone wyżej . Podobnie sytuacja przedstawia się ze szkołami, które również są zatopione i dzieci tracą swoje zajęcia lekcyjne”, ogłosiła pani burmistrz.

Z drugiej strony stymulujemy, żeby zajęcia szkolne szybko się ustabilizowały końcem maja i zawężamy ryzyko chorobami dermatologicznymi, gastrologicznymi i dróg oddechowych pomiędzy tyloma dziećmi z dystryktu Indiany. „Ale także te dzieci mogą być skrzywdzone ponieważ są pozostawione bez opieki rodzicielskiej”. Pani burmistrz wytłumaczyła, że ojcowie i matki muszą przenieść się daleko od wioski, aby poszukać koniecznego pożywienia dla rodziny z powodu wylania rzeki, która zniszczyła plony i że szkoły nie funkcjonują z powodu powodzi. “Dzieci są same, bez nadzoru i opieki dorosłych. Nie dziwi, gdy się widzi, że jakieś dziecko traci życie, ponieważ przypadkiem wpadło do rzeki” wyjaśnia burmistrz Indiany.

Reátegui rozmawiała z przedstawicielami władzy regionu Loreto i Obrony Cywilnej na temat wysłania do Indiany pomocy, która będzie konieczna aby wesprzeć rodziny, które straciły cały swój dobytek życia. Podkreśliła, że Fundusz Unicefu we współpracy z Ministerstwami Zdrowia, Rozwoju i Pomocy Socjalnej rozpoczęli akcje pomocy i resocjalizacji emocjonalnej dzieci w regionie Loreto poprzez Program Juguemos SonRie (bawimy się śmiejąc).

Przetłumaczyłem ten tekst ze strony: www.sanmartinenred.com

Ta powódź dotknęła naszych parafian, bo dystrykt (gmina) Indiana jest terenem naszej misji. Jeśli ktoś z czytających ten wpis chciałby pomóc chociaż w jakimś małym wymiarze na miarę swoich możliwości, to będę wdzięczny, a na pewno przynajmniej niektóre osoby, którym uda się pomóc.

Początkiem maja u nas w Indianie będzie spotkanie wszystkich animatorów z naszych 62 wiosek, ale ilu z nich przypłynie nie wiemy… Jak się zjawią, to ich dokładnie wypytam jaka jest sytuacja w ich wioskach… i na bieżąco będę Was informować na blogu jak się sprawy przedstawiają.
Niebawem wybieram się z wizytą do naszych parafian mieszkających nad rzekami, bo tylko nad rzekami mieszkają… I właściwie niektórzy już nie mają gdzie teraz mieszkać. I żeby mówić o Panu Jezusie, jaki jest dobry dla nas, że nas bardzo kocha i jest z nami zawsze, słowa nie wystarczają, potrzebna jest pomoc materialna. Potrzebne są realne i rzeczywiste gesty chrześcijańskiej pomocy i miłości.

Proszę o modlitwę na tę intencję:

żeby ci moi parafianie przez rzeczywiste znaki ludzkiej pomocy i solidarności rozpoznali miłujące oblicze Jezusa.

W poniedziałek płynę do Iquitos załatwić kilka spraw. Założę specjalne konto w miejscowym banku, żeby można było rozpocząć konkretne działania.

Z Bożą pomocą wiele można uczynić.

Organizujcie się w grupy, po kilka osób, może w szkole jakaś zbiórka do puszek, w Waszym miejscu pracy, wśród znajomych, może wasz ksiądz proboszcz coś o tym ogłosi w parafii…

Jest teraz w Kościele Rok Miłosierdzia Bożego, więc moi Kochani do dzieła!!!

Już dziękuję za zaangażowanie i modlitwą odwzajemniam!

00031[23-22-46]Zakończył się czas Wielkiego Postu. Wszyscy teraz przeżywają Wielkanoc. Chrystus Zmartwychwstał, alleluja! Prawdziwie zmartwychwstał, alleluja!
Dla mnie końcówka Wielkiego Postu, czyli Wielki Tydzień był trochę hardcorowy… Popłynęliśmy w dół Amazonki do jednej z sześćdziesięciu dwóch wiosek(po drodze odwiedzając niektóre, by zostawić informację o planowanym spotkaniu dla animatorów), należących do naszej parafii, do Palmera II Zona. Wcześniej była podana informacja o tym, że spędzimy w tej wiosce Wielki Tydzień. Okazało się jednak, jak najczęściej tu bywa, że nikt nic nie wiedział.OLYMPUS DIGITAL CAMERAWpłynęliśmy do Puebla… i okazało się, że pół wioski zalała woda. Teraz rzeki się podnoszą i zalewają chacry (pola) i domy umiejscowione dość nisko i blisko rzeki. Tak więc z łodzi, która płynęła po boisku, weszliśmy do jednej chaty. Okazało się, że mieszka w niej córka naszego animatora, który mieszka dwa domy dalej. Potem kolejna przeprawa łodzią na „suchy ląd”. Był problem z noclegiem dla naszej trójki (Ofelia – misjonarka świecka, Dora – starsza katechista z Indiany, i moja osoba). Postanowiono, że zamieszkamy w szkole. Człowiek odpowiedzialny z ramienia władzy za wioskę myślał, że ja będę mieszkał z szanownymi paniami i zdziwił się, że Ofelia nie jest moją „seniorą”, że będę mieszkać osobno. Zaraz potem zorganizowano spotkanie dla wszystkich zainteresowanych naszym przybyciem. Przyszło trochę ludzi, bo chcieli ochrzcić swoje dzieci. Przyświecał im tylko ten cel. Niestety usłyszeliśmy z ust szefa wioski, że oni nie chcą, żebyśmy u nich byli. Ale to była wyłącznie tylko jego fanaberia (na szczęście!). Przypłynęliśmy w sobotnie popołudnie, Na spotkaniu byli obecni szef wioski, gubernator, „apu” czyli szef Indian Yagua, nasz animator, pani z organizacji wspierającej Indian, rodzice dzieci do chrztu. Każdy z władzy się przedstawił i poczyniliśmy pewne ustalenia, co do charakteru naszej wizyty duszpasterskiej. Oczywiście wszyscy mówili że „TAK!” rzeczywistość jak zwykle okazała się inna.00000[22-15-56]Nadeszła Niedziela Palmowa… Mieli być wszyscy zainteresowani chrztami. Przyszło do kilkunastu osób. Czekaliśmy prawie godzinę na towarzystwo. Ale to jeszcze nie było długie czekanie. Odbyła się Msza z procesją, jeśli można to nazwać procesją z gałązkami palmowymi… Po Eucharystii miało być spotkanie przedchrzcielne. Przyszło parę osób. Odbyła się katecheza dla grupy dzieci i młodzieży, poprowadzona przez Ofelię i panią Dorę. Chociaż tyle. Ja poszedłem na zwiedzanie wioski. Wracając spotkałem człowieka, który jak usłyszał, że jestem z Polski, wykrzyknął: „A Łałesa!” chodziło mu o Wałęsę. Rozmawialiśmy również trochę o polskich piłkarzach… Ostatecznie przychodził na spotkania przed chrztem. Ma około 50 lat.
Dni mijały bardzo powoli…, modlenie, spanie, jedzenie… modlenie, spanie, jedzenie…
Od Wielkiego Poniedziałku do Wielkiej Środy zasadniczo poza katechezami dla dzieci i młodzieży nic szczególnego się nie działo. Ja raczej agitowałem niektóre osoby, by wzięły ślub kościelny. Ostatecznie zgodził się nasz animator. Don Rafael na 71 lat, jego żona ok. 60.
Modlenie… miałem sporo czasu na te pobożne czynności. Przez te dni odprawialiśmy Msze prywatnie, bo i tak by nikt nie przyszedł… Odprawialiśmy w moim „pokoju”. Brewiarz, różaniec…normalka.00013[22-36-35]Nadszedł Wielki Czwartek, przeze mnie bardzo oczekiwany! W końcu to mój dzień. Liturgia miała się zacząć o 18.00, ale jak to w selwie zegarków nie noszą, więc zaczęliśmy z lekkim, dwugodzinnym opóźnieniem. Tak było raczej każdego dnia (jednak o 17.00 jakby z zegarkiem w ręku, przychodzili grać w piłkę i kończyli o 18.00, szli następnie do rzeki się myć, i do domu na kolację). Dla mnie był przejmujący moment umycia nóg. Mężczyźni byli z łapanki po Ewangelii. Były kwiaty przy „ołtarzu” i po liturgii adoracja Sanctissimum. Niestety tylko była nasza trójka.00014[22-49-41]Nadszedł Wielki Piątek. Postanowiliśmy pościć. Zresztą w naszych warunkach post i umartwienie były cały czas! Dzielne Ofelia i pani Dora przygotowały Drogę Krzyżową. Ja z naszym animatorem przygotowaliśmy drewniany krzyż. Nabożeństw było zaplanowane na godzinę 16.00. I oczywiście było godzinę później, bo zięć animatora szukał łodzi z silnikiem. Ostatecznie popłynęliśmy na dwie łodzie. Najpierw do trzech domów, potem „suchym lądem” przez całą wioskę, pomiędzy grającymi w „nogę” lub w „siatkę”. Nikt nikomu nie przeszkadzał… liturgia Wielkiego Piątku też była ogromnym przeżyciem. Przy jednej żarówce i prądzie z agregata i przy świecach. Nawet przyszło trochę ludzi, zachęconych wcześniej w czasie Drogi Krzyżowej. Była okazja do spowiedzi, ale nikt nie skorzystał z tej możliwości. Adoracja Krzyża była ciekawa. Zabieram zawsze ze sobą mój krzyż misyjny, więc go powiesiłem na tym z drewna. Ostatecznie podeszło do krzyża kilka osób, tych bardziej „kumatych” w sprawach wiary. Co nie oznacza, że inni są niewierzący… wierzą, tylko brakuje im chrześcijańskiej, katolickiej formacji. Po całej liturgii wszyscy zostali zaproszeni do domu córki animatora na „pasję” Mela Gibsona. Oglądali wszyscy, i dzieci i dorośli. To był miły gest ze strony tych ludzi, bo paliwo do agregata kosztuje.00031[23-25-29]Nadeszła wreszcie oczekiwana przez wszystkich Wielka Sobota. Przez nas oczekiwana, bo najświętsza Noc, przez resztę ze względu na chrzty. Poprosiłem zięcia naszego animatora, żeby przygotował ognisko, to chłop zrozumiał, że ma przygotować mecz piłki nożnej. Wynikło to z tego, że zamiast litery „F” wymawiają „J”, a słowo proste „fuego” znaczy ogień, ognisko, on zrozumiał „juego” czyli gra, zabawa. Ostatecznie, było poświęcenie ognia, ale nie z ogniska, bo padało tylko z świecy olejowej. Na liturgię przyszli o dziwo nawet punktualnie. Chyba tylko z dwóch powodów. Pierwszy – chrzty dzieci, drugi – płacili za paliwo do agregata prądotwórczego. Cała liturgia trwała dobre dwie godziny. Zaśpiewałem nawet „Orędzie Wielkanocne”. Ochrzciłem 13 osób, w tym wspomnianego wcześniej znawcę Wałęsy i piłkarzy i jego trzy córki. Do chrztu przynieśli dziecko również ewangelicy. Raczej matka, bo ojciec, to katolik. Zapytałem, co z nimi będzie, bo on jest „nasz”, a ona też stanowczo potwierdziła, że jest katoliczką. Okazało się, że przeszła do ewangelików, bo kupili jej dużą wieżę. Niestety dla takich motywów ludzie przechodzą i po pewnym czasie wracają do Kościoła. Pobłogosławiłem małżeństwo naszego animatora. Jego pierwsza żona zmarła kilka lat wcześniej, wiec z drugą żył sobie (prawie) po katolicku. Wychowali ośmioro dzieci. To bardzo dobra rodzina. Przyszli rano do mnie, wyciągnęli mnie z mojego namiotu i siedząc w piżamie, zrobiłem z nimi przedmałżeńską katechezę i przygotowałem do spowiedzi świętej. Dla „panny młodej” było to przeżycie, bo spowiadała się pierwszy raz w swoim życiu i przyjęła swoją pierwszą Komunię Świętą. Mieli jedną obrączkę, więc przyszła ślubna żona wybrała sobie swój pierścionek jako znak przymierza małżeńskiego. Ślub miał się odbyć w niedzielę ran, ale „pan młody” powiedział, że lepiej w sobotę po chrztach, bo rano nikt nie przyjdzie, bo będą całą noc się bawić i pić. Tak też się stało. Nawet zatańczyłem z „panną młodą”. Zaprosili nas na wesele. Początkowo mieli opory z tym ślubem, bo nie byli przygotowani. Ani ubrania, ani jedzenia, ani picia. Ale zdrowy rozsądek i ich wiara wzięły górę. Ślub się odbył. Przynajmniej ta jedna para. Inni czekają na lepsze czasy…
W Poranek Zmartwychwstania Msza była o 8.00. I jak powiedział don Rafael nikt się nie zjawił, oprócz naszej ekipy, jego i animatora z żoną z innej wioski. Wszyscy odpoczywali po Wielkiej Sobocie…
Jeśli chodzi o nasze żywienie, to mieliśmy ze sobą ryż, cukier i krakersy. Resztę zapewniali ludzie. Więc dieta dzienna była niezbyt rozmaita. Na śniadanie kawa lub quaker (owsianka, niekoniecznie na mleku), lub gotowany ryż. Na obiad ryż i ryba z wody lub smażona, gotowane banany. Na kolację kawa i krakersy. I raz było tak, że obiadu nie było, bo nikt nic nie przyniósł. Kilka razy z zięciem animatora popłynęliśmy na ryby. Łowienie z tzw. trampy czyli sieci lub na żyłkę z haczykiem. Pierwszy sposób przynosi lepsze efekty, bo zawsze jakaś ryba się zaczepi.OLYMPUS DIGITAL CAMERALudzie mieszkający na wioskach nie mają stałego dostępu do prądu, nie mają kafelkowych łazienek, pryszniców. Mają to co najbardziej jest potrzebne do życia. Mają wodę w rzece, w której piorą, myją się. Wodę do picia czerpią z dużej cysterny. Jedzenie w lesie i w rzece. Jak coś jest potrzebne ponad to, przywożą z miasta. Dzieci i młodzież nie mają pełnego dostępu do edukacji, bo na przykład nauczyciel nie zjawia się przez kilka miesięcy z powodów tylko jemu wiadomych. W tym czasie woda zalewa im bananowce i jukę. Ale nie narzekają. Nie lamentują. Przyjmują każdy dzień taki jaki jest dziś. Mówią: „jak Bóg zechce”. Żyją spokojnie… To co mnie zbudowało, to otwartość i gościnność. Nie kradną, jak to czynią ludzie w mieście. Domy nie mają zamków. Potrzebujesz łódź – pożyczasz tę, która jest przy brzegu. Nie jest „różowe” ich życie, ale bogate wewnętrznie. Kierują się w sposób naturalny w stronę drugiego człowieka, ale potrzebują czasu aby zaufać. Zauważyłem to po dzieciach. W pierwszych dniach nie odzywały się do mnie. Pod koniec naszego pobytu z uśmiechami na buziach chętnie odpowiadały na moje pytania. Na wszystko potrzebny jest czas. Myślę, że szczególnie jest on potrzebny na budowanie relacji przyjaźni, chociaż dobrej znajomości i na bazie tego można zacząć ewangelizację. Cały ten czas Wielkiego Tygodnia, spotkania, rozmowy okazał się bardzo cenny dla mnie. Wchodzenie w rzeczywistość misyjną, nie może być jak to się mówi „wchodzeniem z butami” w ich życie, ich kulturę, zwyczaje. Na wszystko jest czas, ale bardzo potrzebna jest święta cierpliwość i uśmiech.