Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Luty 2015

Z Indiany wybrałem się na parę godzin do Iquitos, żeby poczynić zakupy. Po uzgodnieniu z siostrą, która pracuje w Caballo Cocha i prowadzi sporą grupę młodzieży, w tym zespół muzyczny. Kupiliśmy dla nich perkusję. Zespół gra w każdą niedzielę na Mszach i jeśli nie ma Eucharystii na Liturgiach Słowa. Są bardzo zaangażowani w swojej parafii. I w tym samym dniu przybył do naszego domu misyjnego w Iquitos nasz nowy pasterz. Porozmawialiśmy chwilę, bo zaczęło się całe powitanie. Musiałem jednak wracać do Indiany, więc na obiedzie z biskupem nie byłem. W Indianie, to jest w stolicy naszego wikariatu i siedzibie biskupa trwały intensywne przygotowania do ingresu. Uroczystość była bardzo piękna i radosna. Na zdjęciach widać grupę w niebieskich podkoszulkach, to chór młodzieży z Mazan, Indiany i Caballo Cocha i Indianie Bora i młodzież z Caballo Cocha w strojach plemienia Yagua. Była to prawdziwa uczta dla ducha, a potem w naszej maloce dla ciała.
Nasz nowy Pasterz jest Hiszpanem. Nazywa się José Javier Travieso Martín, ze zgromadzenia klaretynów. Więc też misjonarz! Dużo pracy przed nim. Nas wikariat nie miał własnego biskupa prawie przez cztery lata. Wszystko spoczywało na barkach bardzo oddanej i przez wszystkich szanowanej Dominice Szkatule. To prawda, że nie była w tym czasie sama, ale to przede wszystkim Ona była i jeszcze zapewne będzie „mózgiem wikariatu”.
Co do mnie, to nadal czekam na swoje miejsce, tu w selwie. Już niedługo, bo końcem marca nasz biskup powie co i jak i gdzie. Już tak czekam kilka dobrych miesięcy… Mój kolega z Iquitos, ks. Paweł Stanios mawia, że „cierpliwość, to pierwsza cnota misjonarza” i ma rację…
Pozdrawiam Was bardzo gorąco z gorącego Peru. Pamiętam w modlitwie.

Zakończył się kurs katechetyczny w Indianie. Moim zajęciem było przyglądać się, słuchać, uczyć… Moje kolejne doświadczenie misyjne. To był bardzo cenny czas. Przede wszystkim czas na modlitwę, poznawanie kultury i uczestników kursu. W większości to młodzi ludzie z naszych punktów misyjnych, rozrzuconych nad czterema wielkimi rzekami Napo, Amazonki, Putumayo, Yavari.
Było kilka zabawnych momentów. Już pisałem wcześniej, ze zrobili ze mnie biskupa. Żeby nie było problemów zgoliłem długo zapuszczaną brodę. Nie ukrywam, że chciałem ją zachować do urlopu w kraju, czyli za rok z hakiem. Oczywiście nie poznali mnie, myśleli, że jakiś gość przybył. Innym razem mówiłem kazanie dla jednej z grup przyszłych katechistów. Opowiadałem historię jednego z moich licznych wyjazdów z młodzieżą, jeszcze z moich lat sprzed seminarium. Opowiadałem jak jeden z młodych chłopaków zabrał na wyjazd dużą butelkę sangrii. Wszyscy słuchali z wielką uwagą i zatrwożeniem w oczach. Potem wszyscy wybuchnęli śmiechem, jak zrozumieli o co mi chodzi, o jakim winie mówiłem. Nauczyłem się nowego słówka „sangría” czyli „sangria” – brzmi prawie tak samo, i znaczy po prostu wino owocowe. Jednak ja mówiłem „la sangre”, co znaczy „krew”. Więc ów chłopak zabrał ze sobą dwa litry krwi. Trochę czasu kosztowało, żeby nauczyli się mojego imienia. Niby proste… Jednak bez akcentu na literkę „a” znaczy zupełnie co innego. Więc prawie wszyscy mówią teraz Tomek, ale jeśli nie wymówią „k” znowu będzie znaczyć co innego. Z której strony by nie popatrzeć, moje imię wiąże się z piciem (alkoholu). Na niektórych ich imionach też można sobie zęby połamać, więc jest remis, uważam.
W ostatnich dniach kursu popłynęliśmy wszyscy, w różnych grupach do wiosek, by ewangelizować. Wizyty były wcześniej zapowiadane, ale jak to jest w Amazonii, informacje nie zawsze docierają na czas… na szczęście nasza wioska lo wdzięcznej nazwie Timicuro Grande, dzięki mieszkającemu w niej „animadorowi” była bardzo dobrze poinformowana i przygotowana. „Animador”, to animator życia religijnego. Organizuje i prowadzi w każdą niedzielę Liturgię Słowa, lub jakieś inne nabożeństwo.
Otrzymaliśmy lokum w szkole. Był dach i podłoga. Kuchnia polowa, czli ognisko. Codziennie przynosiła nam posiłki młoda kobieta. Gotowała z tego, co my przywieźlimy i co ofiarowali ludzie. Jedzenia nie brakowało i było różne. Inne grupy nie miały takiego szczęścia. Jedli tylko banany przyrządzane na różne sposoby, lub tylko ryż. Czyli to, co jedzą mieszkańcy wioski i co tylko mają do jedzenia. Po prostu misje…jednego razu gotowałem na ognisku wodę na kawę. Gotowałem najdłużej w moim życiu, bo aż cztery godziny ii ostatecznie jej nie ugotowałem. Normalnie porażka! Zabrakło mi cierpliwości. Dokończyli moje kucharskie dzieło chłopcy z naszej ekipy. Poranna kawa była po obiedzie. Jak ktoś pragnie survivalu, to zapraszam do selwy.
Po kursie katechetycznym zostałem w Indianie do przyjazdu naszego nowego biskupa. Mieliśmy czas, żeby odwiedzić ciekawe miejsce niedaleko Mazan. Popłynęliśmy na Wyspę Małp. Kilka hektarów na Amazonce, zagospodarowanych, by ratować różne gatunki człekokształtnych. Wszystkie te zwierzęta, były kiedyś znalezione w dżungli. Kiedy myśliwi idą na polowanie zabijają duże osobniki i zostają „małpie sieroty”. Małpy są bardzo towarzyskimi zwierzętami, czasami aż za bardzo…