Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Po kilku dniach spędzonych w Iquitos, przybyłem do Indiany. Tu rozpoczynamy kurs katechetyczny. Od dwóch dni z nieba się leje, oczywiście z małymi przerwami. Teraz pogoda przypomina mi polskie czerwcowe letnie dni, albo początek jesieni… Ostatniej nocy zmarzłem trochę, bo się ochłodziło. W ciągu dnia jest ok. 30°C i jak spadnie do 20°C jest już trochę zimno. Ale w tropiku tak już jest. Ryby w Amazonce nie chcą brać, bo woda się znacznie podniosła i płynie wartkim strumieniem. Prąd rzeczny jest silny. Jak się płynie łodzią, trzeba uważać na pale, gałęzie, a nawet całe drzewa. Wszystko to płynie sobie do oceanu… Jest to czas przybierania wód, bo w Andach pada deszcz, czyli tam jest teraz pora deszczowa, inaczej lato. Tu w selwie lato jest zawsze.
Wczoraj miałem zabawną sytuację. Umówiłem się z jedną misjonarką na wspólny powrót z Iquitos do Indiany szybką motorówką (rapido) o 5.00 rano. Podjechałem motokarem do portu, licząc że będzie na mnie już czekać, ale się przeliczyłem. Przypłynęła w południe. Faktem jest, że tak dokładnie nie ustaliliśmy, że z nią popłynę. Jednak Ofelia (tak ma na imię) na pewno miała płynąć o 5.00. Przypłynąłem ok. 5.45 do Indiany. Trochę kropiło z nieba. Poszedłem do domu misyjnego i wszystko było jeszcze pozamykane, tylko dwa małe szczeniaki trochę mnie obszczekały. Chodziłem prawie godzinę wokół posesji. Wreszcie ktoś otworzył drzwi i mogłem wejść. Ładnie przywitałem się z pracownikiem, który mnie już znał, bo byłem w Indianie już wcześniej, ale niestety nie poznał mnie z powodu mojej brody. I poszła fama po ośrodku, że przyjechał nowy biskup. Rzeczywiście nowy biskup naszego wikariatu ma brodę i również ma przypłynąć do Indiany końcem stycznia. I tak oto zrobili ze mnie biskupa. Uśmialiśmy się wszyscy prawie do łez! Brodę zgoliłem dla potrzeb kultury…
Minął już tydzień kursu katechetycznego. Uczestnicy nie mają w ciągu dnia prawie żadnego odpoczynku, bo ciągle są jakieś zajęcia a to z biblii, a to z teologii rodziny, a to znów z liturgii, czy też teatru biblijnego tak zwane tallery czyli warsztaty. Wszystko to, by młodych ludzi przygotować do animowania życia religijnego w swoich środowiskach. Bez pomocy świeckich życie religijne by było rozłożone na łopatki. Ktoś może by się czepiał, że nie wszyscy potrafią wszystko robić doskonale…czytać, pisać, że są bardzo spontaniczni prawie we wszystkim… Jednak poświęcili czas i jakieś swoje pieniądze, żeby kilka dni albo godzin płynąć na ten kurs. Dla mnie to jest taki zastrzyk entuzjazmu i wiary prostej i radosnej. To bardzo młody Kościół! Wyrasta w środowisku często bardzo odległym w swojej formie życia od chrześcijaństwa. Wyrasta ten Kościół amazoński na przykład w środowisku handlarzy narkotykami, prostytucji także nieletnich, przemocy seksualnej w rodzinach, rozbitych rodzinach i co jest najbardziej smutne w procesie utracania chyba bezpowrotnie swych korzeni kulturowych (piękne tradycje, śpiewy, tańce, język poszczególnych etni indiańskich) Właśnie tu, w Indianie na takich kursach próbuje się to wszystko podtrzymać i pielęgnować poprzez organizowanie warsztatów.
Uczestniczyłem w karnawale. Nazywa się on tumbada de la umsha (lub: umisha). Polega na ścięciu palmy w lesie i przy śpiewach i tańcach w rytm bębna i fleta przynosi się ją w określone miejsce. Następnie związuje się jej gałęzie, tak, żeby tworzyły koronę i przyozdabia wieszając jakieś prezenty. W tym samym czasie reszta uczestników tańczy w rytm bębna To jest pandillada. Wszyscy zaczynają ten karnawał polewając się wodą, brudząc błotem i malując twarze na czerwono używając do tego owocu achote. Zabawa jest przednia! Tańczy się wokół palmy kilka godzin i pod koniec przy pomocy maczety każdy ja ścina uderzając o pień. Kto ostatni uderzy maczetą i palma runie na ziemię ma za zadanie w następny karnawał ufundować prezenty. Po tym palmowo – błotnym szaleństwie wszyscy poszliśmy wykąpać się w Amazonce. Bezpowrotnie straciłem podkoszulkę z logiem „Soli Deo” zespołu muzycznego z parafii w Łopusznie błoto ją przeniknęło do ostatniej niteczki…
Wróciliśmy do bazy na obiad. Potem była Eucharystia, ale szczegółna, bo prawie wszyscy wymalowali się we wzory plemion indiańskich. Była to la Misa nativa. Przewodniczył jej padre Ivan i wygłosił w bardzo ekspresywny sposób kazanie… Była tańczona procesja z darami w rytmie bębna i manguare (instrument do zwoływania Indian do maloki). Po radosnej eucharystii w klimacie amazońskim była kolacja. Jedzenie serwowane na naturalnym talerzu z liścia. Jedzenie, to juka, la carne del Monte (mięso z lasu, prawdopodobnie majas), casabe (chleb z juki) i do picia cauana (też z juki, ma konsystencję żelatyny z sokiem z ananasa) i masato (również z juki, ale ma smak kefiru). Po kolacji były znów tańce indiańskie. Ten kurs katechetyczny jest dla mnie dobrą okazją bliżej poznać bogactwo kulturowe plemion indiańskich Amazonii i poznać wspaniałych ludzi z nad rzek…

Nawet pogoda się bardzo poprawiła. Jest gorąco!

Od ostatniego mojego pisania upłynęło sporo czasu… Doświadczam wiele dobroci i łask od Pana Boga. Szczególnie jak patrzę teraz z perspektywy kilku ostatnich miesięcy. Od czasu jak znalazłem się w El Estrecho ciągle coś się dzieje, bardzo intensywnie. Trzymiesięczny pobyt w pueblo na granicy z Kolumbią wiele mnie nauczył. Szczególnie jeśli chodzi o relacje z ludźmi. Są bardzo wrażliwi i w miarę czasu otwierają się coraz bardziej…, ale nie wszyscy. Każdy jest inny. Każdy ma swoje zalety i złe nawyki.
Mój czas w wiosce nad Putumayo upływał na niewielkich rzeczach. Trochę pracy, łowienie ryb, i oczywiście modlitwa. Gdyby nie modlitwa, chyba bym niektóre osoby, nie dokończę… ale tylko niektóre. Nauczyłem się bardzo ważnej zasady obowiązującej w dżungli, mianowicie, że jeśli ktoś mówi „si padre”, to wcale nie oznacza „tak proszę księdza”. Pojęcie tego bardzo pomaga żyć. To jest taki „kluczyk” do bycia cierpliwym… zacząłem pytać, co oznacza „si padre”, co oznacza to „si”. Oznacza „tak” czy też oznacza „nie”? najczęściej oznacza „nie”. Najkrócej: jeno myślą, drugie mówią i trzecie robią. Po prostu tacy są! Ale też kochają Pana Jezusa, kochają Kościół, modlą się. Mam wrażenie, że ich wiara jest większa od mojej. Dla nich wszystko jest takie nieskomplikowane, proste i radosne, nawet jak nie mają z czego ugotować obiadu.
Ostatni etap mojego pobytu w El Estrecho wykorzystałem na odwiedziny wiosek płynąc peke-peke w górę rzeki Putumayo. Towarzyszyli mi Saul (jako motorniczy i przewodnik) i Favio (jako katechista). Cała eskapada trwała prawie tydzień. Odwiedziliśmy cztery comunidades (wspólnoty). W Puerto Elvira odprawiłem Eucharystię. Jak się okazało pierwszą od siedemdziesięciu lat, czyli od powstania wsioski. Poświęciłem tam również cmentarz. Mszę odprawiałem w każdej wiosce i chociaż nie wszyscy byli do końca świadomi w czym uczestniczą, byli bardzo aktywni. Więcej czasu spędziłem w Ocho de Diciembre czyli Ósmego Grudnia. Mieszkaliśmy w domu „Casice” czyli wodza wioski. Dla mnie bardzo szczególne wydarzenie, bo pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w ich codzienności… bez prądu, bieżącej wody w kranach, jedzenie na podłodze, spanie na podłodze, przygotowywanie posiłków, mycie się w rzece, woda do picia z rzeki. Owoce, ryby, kajman, juka – to ich codzienna dieta. My zabraliśmy ze sobą sól, makaron, ryż, makaron, jajka, olej, cukier, cukierki, paliwo – te produkty to rarytas! Właściwie w każdej wiosce najbardziej potrzebowali WSZYSTKIEGO! Do najbliższego „centrum handlowego” te wioski, które odwiedziłem mają 4-5 godzin peke-peke w dół rzeki i 7-8 godzin w górę rzeki. Jak nie mają benzyny (a najczęściej nie mają), a muszą się dostać do „miasta”, to zostaje wiosłowanie… W El Estrecho galon benzyny (4,2l) kosztuje 16 soli, a tam gdzie byłem kosztuje tylko 30 soli. Jeden galon wystarcza na 2,5 godziny. My do naszej ostatniej wioski czyli Ocho de Diciembre spaliliśmy 5,5 galonów benzyny. Wyprawa bardzo owocna była…
Na czas Świąt i Nowego Roku popłynąłem do San Pablo z moim kolegą Rafałem Kipigrochem. Rafał jest z diecezji częstochowskiej. Przybył do naszego wikariatu w listopadzie. Zdążył jeszcze mnie odwiedzić w El Estrecho. To był fajnie spędzony razem czas… Kiedy dopłynęliśmy do San Pablo, a była godzina druga w nocy, strasznie lało. Nasza barka miała ogromne opóźnienie, bo wszędzie się zatrzymywała, żeby rozładować albo załadować towar i oczywiście zabrać lub zostawić pasażerów. Rafał został w San Pablo, ja natomiast popłynąłem w Jego towarzystwie do Caballo Cocha. Po drodze w jednej wiosce Paranaquira udzieliłem sakramentu Chrztu świętego. Potem miałem to szczęście, że w innej wiosce Puerto Inca również chrzciłem. Tak więc kolejne misyjne doświadczenia, ale tym razem nad Rzeką Amazonką. Zdążyłem już odprawić również jeden pogrzeb w Caballo Cocha.
Teraz siedzę w Iquitos, żeby przygotować się do kursu katechetycznego w Indianie. Jest to coroczna impreza dla wszystkich, którzy prowadzą katechizację w naszym wikariacie: księża, siostry zakonne, katechiści, animatorzy i młodzież, która chce być katechistami lub animatorami w swoich wioskach. Kurs trwa prawie trzy tygodnie i rozpocznie się teraz początkiem stycznia. Potem powitamy naszego nowego biskupa i mam nadzieję, że dowiem się już bardzo konkretnie gdzie będę pracować, w jakim miejscu i z kim. Proszę o modlitwę w naszych sprawach, naszego wikariatu. Potrzeby są OGROMNE i personalne i ekonomiczne.