Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Minął tydzień jak przybyłem do mojej ”ziemi obiecanej”. Lot długo oczekiwanym, małym wojskowym samolotem trwał niecałą godzinę. Na płycie lotniska czekała na mnie siostra Lupe wraz z dwójką nauczycieli. Motokarem dotarliśmy do parafii p.w. św. Antoniego z Padwy. Pierwsze wrażenie, po obejrzeniu kościoła, budynków i mojego cedrowego domu pomalowanego na srebrny, tak na srebrny kolor – co ja tutaj robię!? Pomału przywykam do życia na granicy z Kolumbią i na granicy cywilizowanego świata. W jakimś wymiarze tu cywilizacja się kończy… Tu w El Estrecho ludzie mieszkają, pracują, chodzą do szkół. Niby wszystko jest jak wszędzie – tak samo.
Naszą misję zakładali franciszkanie ok. 60 lat temu. Teraz pracują tu siostry Dzieciątka Jezus z Pragi. Może to trochę dziwić, ale jest to zgromadzenie czysto peruwiańskie. Tu są trzy siostry: Guadalupe, Isolina, Rosa oraz polska misjonarka świecka Beata Prusinowska. Do tej pory siostry prowadzą całą parafię, czyli miejscowość El Estrecho i przynależące wioski, rozmieszczone wzdłuż rzeki Putumayo i Algodon. Beata pomaga w Internacie dla ponad setki młodzieży pochodzącej z licznych wiosek znad Putumayo. Praktycznie w internacie mieszkają cały rok. Do domów wracają na długie wakacje (grudzień – styczeń). Na weekendy też do domów nie płyną. Do swych domów mają od kilku godzin do kilkunastu dni płynięcia łodzią.
Ciekawa sprawa, bo przybyłem do El Estrecho w święto św. Róży z Limy. Jeszcze tego samego dnia zostałem zaproszony na uroczysty obiad przez miejscową policję, bo santa Rosa jest główną patronką peruwiańskiej policji. Następnego dnia rano odprawiłem moją pierwszą Eucharystię dla naszej wspólnoty parafialnej. Kościół wypełnił się i jest to standardem tu, w El Estrecho. To zasługa ks. Ivana, który pracował tu 17 lat i zasługa sióstr, że dbały o celebrację Liturgii Słowa w niedziele i święta. Od ośmiu lat nie było na stałe kapłana w tej miejscowości. Więc obecność kapłana jest konieczna. Wypadło na mnie!
Zanim to wszystko ogarnę upłynie trochę czasu, ale jestem pełen dobrych myśli. W niedziele jest Msza o godzinie 7.30 rano, bo zaraz po niej prawie wszyscy idą na plac główny, by wywiesić flagi Peru, regionu Loreto i El Estrecho. Tak jest w każdą niedzielę. Są zawsze obecni przedstawiciele miejscowej władzy, profesorowie (nauczyciele), wszyscy uczniowie, mieszkańcy, defilujące wojsko. Ustaliłem drugą Mszę św. po południu o godz. 18.00. I w tygodniu o godz. 19.00, bo wtedy jest światło. Na te mszę przychodzi głównie młodzież z internatu. Wszystko dla nich jest nowe. Czeka mnie taka praca od podstaw. Na szczęście siostry prowadzą katechezę. Natomiast ja rozpoczynam przygotowania dla narzeczonych i przed chrztem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Tu na końcu lub początku świata życie jest regulowane rytmem natury. Wstaje się wcześnie jak wschodzi słońce i kończy dzień zasadniczo jak staje się ciemno. Teraz to się pomału zmienia, bo jest prąd od 6 rano do 14 w południe i od 18.00 do 23.00 „z zegarkiem w ręku”. Ten czas iluminacji ludzie szczególnie wieczorem wykorzystują na różne formy aktywności. Otwarte sklepy i sklepiki, bary ze stołami bilardowymi (swoją drogą skąd tu w dżungli takie stołoły?), dyskoteki i oczywiście ulubiony sport jakim jest gra „w nogę”. Każde „barrio” – dzielnica ma swoją drużynę piłkarską. Często kopią piłkę na boisku w centrum miejscowości nie kto inny tylko dziewczyny! To jest fajny widok… Niestety nie ma w El Estrecho internetu ogólnie dostępnego. Można było skorzystać w jednym urzędzie, ale był niedawno pożar i nie mają nawet możliwości skorzystania z telefonu. Spaliła się cała instalacja. Kiedy to naprawią nikt nie wie. Tu w El Estrecho życie jest bardzo drogie, bo wszystkie produkty przywożą barką z Iquitos lub awionetką i to kosztuje potem dwa razy więcej. Nie można np. normalnie kupić cementu, bo boją się, że przemycają narkotyki zamiast cementu. Mieszkam na granicy z Kolumbią. Wszędzie jest bardzo daleko. W Kolumbii też nie ma czego szukać. Wiele osób Przybywa z Kolumbii do El Estrecho za pracą lub uciekają przed partyzantką. Ktoś kto chce sprzedać ryby lub banany musi często przynieść to wszystko na własnych plecach do El Estrecho, by zakupić sól i cukier, ubrania i wraca z tym wszystkim nawet 7 godzin piechotą jeśli mieszka nad rzeką Algodon. Może też przypłynąć. W jedną stronę peke-peke płynie się 2-3 dni.
Ten pierwszy tydzień chociaż był trudny, bo nowa rzeczywistość, bo bardzo gorąco i wilgotno uważam za dobrze przeżyty. Zacząłem odnawiać mój dom. Pomalowałem swój pokój na zielono i inne też są malowane. Rozpoczęliśmy wraz z młodzieżą z internatu porządkować teren za kościołem. Zorganizowaliśmy tzw. „mingę” czyli czyn społeczny. Chcemy tam zrobić pole, żeby posadzić drzewa bananowe, papaję i jukę. Jest też inny, dobry teren pod uprawę ryżu. Są też inne ambitne plany. Pracy więc nie brakuje… Duszpasterstwo i gospodarka. Tu trzeba być prawie wszystkim…
W piątek umarło pięć osób w tym dziecko. Wraz z ojcem łowiło ryby. Wpadli do rzeki, bo łódź się przewróciła. Dziś w niedzielę modliłem się przy ciele młodego chłopaka. Targnął się na swoje życie. Jutro poprowadzę mój pierwszy pogrzeb w El Estrecho… obym takich pogrzebów nie miał więcej.
Mija kolejny tydzień. 14 września przeżywaliśmy w naszej parafii Święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Okazało się, że posiadamy Relikwię Świętego Krzyża! Rzecz niesamowita. Dla mnie to wielka radość i szczęście. W cieniu Krzyża Świętego będzie łatwiej… Parafianie bardziej lub mniej świadomie przeżyli to Święto. Ufam, że nasza wspólnota parafialna bardzo się ożywi, przebudzi religijnie, że będzie nas więcej, że Pan Jezus pobłogosławi. Wierzę, że to Jego dzieło, to co zrobili moi poprzednicy i siostry zakonne, misjonarze świeccy.
Teraz korzystam z błogosławionego czasu jakim jest pobyt w Iquitos. Przyleciałem, żeby zrobić zakupy. Muszę kupić cement i płytki ceramiczne, żeby wykonać dwie małe łazienki. Jedna w starym domu sióstr i druga w budynku parafialnym nad rzeką. Na plebani jeszcze poczekam, bo nie wiadomo co będzie z tym domem. Teraz jest jak na zdjęciach. Potem okaże się, czy remontować, czy też burzyć i budować nowy dom. Mamy dużo czasu…