Ks. Tomasz Cieniuch

Po wizycie w Tamshiyacu, postanowiłem odwiedzić naszą kolejną misję. Tylko 45 minut od Iquitos szybką motorówką po Amazonce. Z portu w Mazán do parafii jedzie się motokarem. Czekał na mnie José, proboszcz w Mazán. Było popołudnie, więc niewiele czasu, żeby się rozglądnąć po okolicy. Odprawiłem Mszę świętą w kościele i następnie aż do wyłączenia światła, spędziliśmy czas na rozmowie. W Mazán prąd jest tylko trzy godziny wieczorem. Więc przy pomocy latarki wykąpałem się w prowizorycznej łazience, z wodą z deszczu – jak zwykle i poszedłem spać. Tylko żaby głośno rechotały, jakby na wyższym nieco tonie jak te u nas.
Rano wspólnie odmówiliśmy brewiarz i po śniadaniu wybraliśmy się motokarem do Indiany. Indiana stanowi centrum naszego wikariatu. Zostałem tam kilka dni. Jest dużo spokoju i ciszy. Dobre kokosy, można pójść nad Amazonkę połowić ryby. W Indianie jest ekipa misjonarska. Ksiądz, trzy siostry zakonne i dwie osoby świeckie. Wszyscy oni są meksykańczykami. W Indianie jest katedra i dwie kaplice. W tych trzech punktach celebruje się Eucharystię, a jak nie ma chwilowo proboszcza, to liturgię Bożego Słowa.
Wróciłem do Mazán, żeby wspólnie z José i młodzieżą popłynąć do jednej wioski na rzece Napo. Z prądem rzeki tylko dwie i pół godziny w jedną stronę. W tym pueblo proboszcz sprawował liturgię Słowa. Zebrało się sporo ludzi. Ta celebracja zbiegła się z rocznicą śmierci jednego z katechistów w tej wiosce i także śmierci dziadka i wnuczki. Młodzież, która popłynęła z nami jest bardzo zaangażowana w życie parafii. Na tej liturgii, chłopcy świetnie śpiewali. Po liturgii poszliśmy na rodzinny cmentarz. Nie ma tam jednego, każda rodzina ma swoje miejsce pochówku zmarłych. Kiedy José kropił groby wodą święconą, poprosił aby to samo uczynili członkowie rodziny. Potem tradycyjnie było wspólne zdjęcie z księdzem i posiłek dla wszystkich. W tym miejscu trzeba przyznać, że potrafią się świetnie zorganizować. Są bardzo wspólnotowi. Jadłem ryż z juką i kawałkiem sanchavaca, czyli carne de monte, czyli mięsem z lasu. Dobrze, że przeżuwałem powoli, bo prawdopodobnie straciłbym zęba, albo zrobił sobie nową plombę z ołowiu. Znalazłem cztery śruty w tym moim kawałku smacznego mięska.
Wracając do Mazán, teraz płynąc pod prąd rzeki, zatrzymywaliśmy się prawie w każdej wiosce, żeby zostawić informacje o spotkaniu liturgicznym. Jest to najlepsza forma. Ludzie na wioskach często nie mają prądu, nie mają telefonów komórkowych. Będąc w jednym pueblo, podszedł do mnie mały chłopiec zainteresowany moją kamerą. Zapytał co to jest. Nigdy wcześniej nie widział. Wyjaśniłem mu i podeszliśmy do jego kolegów. Jeden z nich zapytał czy mam pieniądze, bo jestem biały, konkretnie jestem gringo. Więc spokojnie wytłumaczyłem, że nie jestem gringo, bo jestem tak jak padre José księdzem. Niestety w Ameryce Południowej białych kojarzą z bogactwem. Małe dzieci, a już tak myślą… Niektórzy biali, niestety, przybywają do takich do takich biednych wiosek, realizując jakieś swoje projekty i niestety rozdają pieniądze. W ten sposób robi się krzywdę tym ludziom. To nie jest ewangeliczne. Taka litość niczego nie poprawia w życiu tych ludzi. Utwierdza tylko postawy roszczeniowe. Takie powolne demoralizowanie. Biednym trzeba pomagać, to nie ulega wątpliwości, ale nie wolno pozbawiać ich przy takim pomaganiu ich godności, szacunku do samych siebie. Tu w Amazonii, jak obserwuję jest ogromna bieda, bardzo często bieda niezawiniona przez mieszkańców dżungli. Tak więc życie pomiędzy dwiema wielkimi rzekami Amazonką i Napo jest trudne. Jednak ludzie pomimo wszystko są szczęśliwi w jakiś sposób i z tą biedą swoją jakoś sobie radzą, żyjąc z dnia na dzień…

Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *