Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Z Santa Clotilde wróciłem do Iquitos, by przygotować się do podróży do kolejnego miejsca misyjnego w naszym wikariacie. Zrobiłem potrzebne zakupy w dzień wypłynięcia. Biegałem trochę za dużym masłem i żółtym serem. Tych produktów w Pevas się nie kupi. W końcu dotarłem do portu „Pesceros” ok. godziny 15.30. Barka miała wypływać o godz. 18.00. Pomyślałem żeby poczekać już na niej do tego czasu. Kupiłem bilet do Pevas za całe czterdzieści soli i rozgościłem się na barce, rozwieszając mój hamak. Jeszcze nie płynąłem taką barką śpiąc w hamaku całą noc. Na pokładzie było już kilka osób. Też mieli swoje „wiszące łóżka”. Do godziny gdzieś 17.00 było bardzo spokojnie. Potem się zaczęło… W krótkim czasie barka stała się jednocześnie i statkiem pasażerskim i pływającym bazarem. U tej samej osoby można kupić jakieś ciepłe jedzenie i papier toaletowy. Iście ciekawe zestawienie produktów. Kupiłem tylko papier, tak na wszelki wypadek. Wypłynąłem równo o godzinie 21.00. ten cały czas siedziałem w hamaku. Niezła szkoła cierpliwości! I dwanaście godzin po Amazonce. Obok mnie powiesiła swój ha maczek pewna, bardzo ciekawska pani. Wypytała mnie jak się nazywam, skąd jestem, dokąd płynę i po co, ile mam lat, czy mam dzieci i ile? Oczywiście informacje poszły dalej i wszyscy na barce, jak przypuszczam już wiedzieli kim jestem…
W Pevas powitała mnie Ela Rotter, nasza kolejna świecka misjonarka. Pracuje tu już prawie dwa lata. Jest jeszcze diakon Jovino i seniorita Belen. Cała trójka zaangażowana jest w duszpasterstwo w samym Pevas i na wioskach indiańskich kilku etni. Mieszkają tam przede wszystkim Bora, Murui (Huitoto), Yagua. Każde plemię ma swojego Kurakę, to znaczy wodza. Ciekawe doświadczenie miałem, bo kiedy odwiedziliśmy jedną z wiosek Bora, to najpierw poszliśmy do kuraki przedstawić się i poprosić o możliwość zwiedzenia wioski i ich maloki, czyli miejsca spotkań. Bez tej „procedury” byłoby trochę trudno poruszać się swobodnie.
Wszystkie indiańskie wioski rozłożone są nad rzeką Amazonki i Ampiyacu oraz Yahuasyacu. W tym rejonie jest prowadzone duszpasterstwo Indian. Szczególnie jeśli chodzi o ich kulturę, zwyczaje, język. To wszystko po woli zaciera się, ginie. Tworzy się dla nich specjalne projekty, działania długoplanowe. Zakłada szkoły z językiem castellano i miejscowym. Żyje spory procent analfabetów. Poznałem jedną Indiankę analfabetkę, ale jej najstarszy syn skończył studia. Jego matka poświęciła całe swoje życie, pracę dla syna, żeby się wykształcił. To są takie paradoksy życia.
W Pevas odprawiałem Mszę św. każdego dnia, głosiłem kazania na zmianę z diakonem, spowiadałem, odwiedzałem chorych z sakramentami. Ostatni raz na dłużej ksiądz był tutaj w Pevas chyba pięć lat temu. Widząc pracę misyjną w terenie często zdominowanym przez wdzierające się sekty i zdominowanym przez zachodnią kulturę, gdzie na oczach zamiera dziewiczość i piękno tej ziemi, gdzie jeszcze nie znają Jezusa Chrystusa stawiam sobie pytanie, co jako ksiądz mogę zrobić? Po ludzku – niewiele. Z Bożą pomocą dużo więcej. Brakuje rąk do pracy. Brakuje miejscowych powołań, brakuje środków finansowych, a jeśli jakieś są to stanowią kroplę w morzu potrzeb. Tu ludzie mają swoją godność, ale wielu idzie tam gdzie coś dają. Dlatego jest tak dużo sekt…
Był też czas na rekreację. Pływając małą łódką motorową „Miva – Polonia I” zwiedzałem piękne, zawsze zielone okolice, wioski, i oczywiście łowiłem ryby. Udało się złowić jedną sztukę, ale jaką! Złowiłem na ser żółty wandelię (kandyrę) czy też inna nazwa canero. Jest to najbardziej niebezpieczna ryba w Amazonii. Wślizguje się w naturalne otwory np. ludzkie i wyżera od środka ludzkie ciało. Od razu kazali mi ją zabić i wyrzucić. Był tez czas by popłynąć z grupą liturgiczną na mały rekonesans. Taki rzeczny piknik, nie wychodząc z naszej łodzi. Wędzona rybka, ale nie ca nero była przepyszna. Na deser podziwialiśmy wodne igraszki różowych delfinów. Niestety nie udało się zrobić zdjęć…
Do Iquitos z Pevas płynąłem w górę rzeki tylko całą dobę. Przed mną jeszcze będzie zapewne niejedna podróż do innych miejsc naszego wikariatu. Na ten czas kończę moje zwiedzanie Amazonii. W tym tygodniu, albo z początkiem następnego lecę do El Estrecho, ale już na dłużej, na moją misję…

Z Iquitos to tylko sześć godzin płynięcia rápido – szybką łodzią. Cały czas padał dość mocny deszcz. Motorówka szła ślizgiem po Napo. Przecinała fale, co chwilę uderzając dnem o twardą taflę wody. Wraz z ludźmi z wikariatu wybraliśmy się na tzw. „Tydzień Parafialny”, żeby się spotkać z mieszkańcami z nad rzeki Napo. Jest około dwustu osób. Przybyli na spotkanie z czterdziestu dwóch wiosek, rozsianych nad brzegami Napo i jej dopływów. Temat jest o tyle ważny dla Naporunas (mieszkańcy z nad Napo, w większości są to indianie Kichwa) którzy będą zgłębiać „Etyczne kryteria dla najlepszego wyboru naszych przedstawicieli władzy”. Zbliżają się wybory. To dla ludzi gorący czas. Nie chodzi o uprawianie polityki, tylko o uświadamianie ludzi bez wykształcenia i często także bez żadnych większych praw, jak powinni postąpić jako wierzący. Ta akcja jest wspierana przez episkopat peruwiański.
Praca wśród tych ludzi, to nie tylko sprawy pobożne, ale również sprawy socjalne, ekonomiczne, gospodarcze. Muszą wiedzieć, żeby nie dać się oszukać.
Przewodzi ogólne hasło tygodnia parafialnego: „Voces unidas por el cambio” czyli „Wspólnymi głosami dla zmaiany”. Przewidziane są także inne formy aktywności, takie jak: warsztaty plastyczne, prace w grupach, poznawanie zwyczajów i obrzędów indian, degustacja masato (taki tradycyjny napój).
Życie w Santa Clotilde jest spokojne. To, co chyba najbardziej tę wioskę wyróżnia, to dobra organizacja. Jest tu szpital, prowadzi go o. Jack – augustianin z Kanady. Pomagają mu inni lekarze i pielęgniarki z zagranicy i miejscowi. Całe zaplecze łącznie z kościołem, plebanią, szkołą i basenem nawet zbudowali amerykańscy misjonarze w latach siedemdziesiątych. Jedynie drogi w wiosce zostały zrobione niedawno. W parafii pracują obecnie ojcowie oblaci Edgar i Roberto. Pomagają im siostry Służebnice Jezusa Eucharytsycznego.
W czasie twania tego tygodnia plebania żyje intensywnie. Od rana do wieczora jeat pełna ludzi. Szczególnie opanowana przez młodzież. Bardzo pomagają we wszystkich pracach.
Na dziś miała być rano w kościele odegrana drama na temat sznowania selwy (dżungli), ale od piątej tak lał deszcz, że mało kto przyszedł. Jak pada, nikt praktycznie nie wychodzi z domu. Nikogo to nie dziwi, nie irytuje, nikt się nie obraża. Po prostu pada deszcz… pada prawie codziennie, godzinę lub dłużej. Zawsze po deszczu jest dłuższą chwilę chłodniej, potem znowu gorąco.
Ludzie tu żyjący, to przede wszystkim indianie Kichwa. Mają swoje zwyczaje i swój język. Też mają swoją Mszę świętą w kichwa i nawet Nowy Testament. Ciekawostką jest, że Eucharystia jest cała na siedząco.
Tutaj w tej czeci selwy indianie Kiczwa czczą Pachayaya (Paczajaja), czyli Boga Ojca. Jest najważniejszy z całej Trójcy Świętej.
Tutaj w Amazonii, Kościół zdominowany jest przez mężczyzn. To oni nadają ton. Wielu z nich jest animatorami w małych wspólnotach w pueblach. Kobieta gdzieś stoi z boku. To jest bardzo charakterystyczne. Z jednej strony trzeba się cieszyć, że tylu mężczyzn uczestniczy w życiu religijno-społecznym, ale z drugiej strony pokazuje to, że kobiety nie mają wiele do powiedzenia. W większości przypadków mężczyźni w Peru kobiet nie szanują. Wiele się czyni, aby tę sytuację zmieniać.
Na koniec tego wpisu znak Krzyża świętego w kichwa:
Yaya shutipi – znak Krzyża św.
Yayapa shutipi
Churipa shutipi
Samayra shutipi
Kaitami ruranchi.

Pagrachu, czyli dziękuję.

Po wizycie w Tamshiyacu, postanowiłem odwiedzić naszą kolejną misję. Tylko 45 minut od Iquitos szybką motorówką po Amazonce. Z portu w Mazán do parafii jedzie się motokarem. Czekał na mnie José, proboszcz w Mazán. Było popołudnie, więc niewiele czasu, żeby się rozglądnąć po okolicy. Odprawiłem Mszę świętą w kościele i następnie aż do wyłączenia światła, spędziliśmy czas na rozmowie. W Mazán prąd jest tylko trzy godziny wieczorem. Więc przy pomocy latarki wykąpałem się w prowizorycznej łazience, z wodą z deszczu – jak zwykle i poszedłem spać. Tylko żaby głośno rechotały, jakby na wyższym nieco tonie jak te u nas.
Rano wspólnie odmówiliśmy brewiarz i po śniadaniu wybraliśmy się motokarem do Indiany. Indiana stanowi centrum naszego wikariatu. Zostałem tam kilka dni. Jest dużo spokoju i ciszy. Dobre kokosy, można pójść nad Amazonkę połowić ryby. W Indianie jest ekipa misjonarska. Ksiądz, trzy siostry zakonne i dwie osoby świeckie. Wszyscy oni są meksykańczykami. W Indianie jest katedra i dwie kaplice. W tych trzech punktach celebruje się Eucharystię, a jak nie ma chwilowo proboszcza, to liturgię Bożego Słowa.
Wróciłem do Mazán, żeby wspólnie z José i młodzieżą popłynąć do jednej wioski na rzece Napo. Z prądem rzeki tylko dwie i pół godziny w jedną stronę. W tym pueblo proboszcz sprawował liturgię Słowa. Zebrało się sporo ludzi. Ta celebracja zbiegła się z rocznicą śmierci jednego z katechistów w tej wiosce i także śmierci dziadka i wnuczki. Młodzież, która popłynęła z nami jest bardzo zaangażowana w życie parafii. Na tej liturgii, chłopcy świetnie śpiewali. Po liturgii poszliśmy na rodzinny cmentarz. Nie ma tam jednego, każda rodzina ma swoje miejsce pochówku zmarłych. Kiedy José kropił groby wodą święconą, poprosił aby to samo uczynili członkowie rodziny. Potem tradycyjnie było wspólne zdjęcie z księdzem i posiłek dla wszystkich. W tym miejscu trzeba przyznać, że potrafią się świetnie zorganizować. Są bardzo wspólnotowi. Jadłem ryż z juką i kawałkiem sanchavaca, czyli carne de monte, czyli mięsem z lasu. Dobrze, że przeżuwałem powoli, bo prawdopodobnie straciłbym zęba, albo zrobił sobie nową plombę z ołowiu. Znalazłem cztery śruty w tym moim kawałku smacznego mięska.
Wracając do Mazán, teraz płynąc pod prąd rzeki, zatrzymywaliśmy się prawie w każdej wiosce, żeby zostawić informacje o spotkaniu liturgicznym. Jest to najlepsza forma. Ludzie na wioskach często nie mają prądu, nie mają telefonów komórkowych. Będąc w jednym pueblo, podszedł do mnie mały chłopiec zainteresowany moją kamerą. Zapytał co to jest. Nigdy wcześniej nie widział. Wyjaśniłem mu i podeszliśmy do jego kolegów. Jeden z nich zapytał czy mam pieniądze, bo jestem biały, konkretnie jestem gringo. Więc spokojnie wytłumaczyłem, że nie jestem gringo, bo jestem tak jak padre José księdzem. Niestety w Ameryce Południowej białych kojarzą z bogactwem. Małe dzieci, a już tak myślą… Niektórzy biali, niestety, przybywają do takich do takich biednych wiosek, realizując jakieś swoje projekty i niestety rozdają pieniądze. W ten sposób robi się krzywdę tym ludziom. To nie jest ewangeliczne. Taka litość niczego nie poprawia w życiu tych ludzi. Utwierdza tylko postawy roszczeniowe. Takie powolne demoralizowanie. Biednym trzeba pomagać, to nie ulega wątpliwości, ale nie wolno pozbawiać ich przy takim pomaganiu ich godności, szacunku do samych siebie. Tu w Amazonii, jak obserwuję jest ogromna bieda, bardzo często bieda niezawiniona przez mieszkańców dżungli. Tak więc życie pomiędzy dwiema wielkimi rzekami Amazonką i Napo jest trudne. Jednak ludzie pomimo wszystko są szczęśliwi w jakiś sposób i z tą biedą swoją jakoś sobie radzą, żyjąc z dnia na dzień…