Ks. Tomasz Cieniuch

Korzystam z wolnego czasu oczekując powrotu do Iquitos Beaty Prusinowskiej. Polecimy razem do El Estrecho. Będziemy razem na jednej misji. Bea jest świecką misjonarką. Postanowiłem po uprzednich ustaleniach z padre Ivanem, proboszczem w Tamshiyacu (Tamszijaku), że odwiedzę jego misję. Ivan jest tu, w wikariacie kilkadziesiąt lat. Pochodzi z Kanady. Niesamowita osobowość i niesamowite doświadczenie misyjne. Jest księdzem diecezjalnym.
Wypłynęliśmy barką pasażerską do Tamshiyacu zaraz po obiedzie, koło godziny 13.00. Padał deszcz od rana, więc istniała obawa, czy tego dnia wypłyniemy. Była sobota. Wsiedliśmy na barkę, rozwiesiliśmy hamaki i… pojawił się problem z silnikiem, a raczej z śrubą. Coś ją blokowało. Motorniczy i załoga statku rozpoczęli poszukiwania przyczyny tej awarii. W tym dość mocno padającym deszczu wskoczyli do wody, która sięgała im prawie pod pachy. Cała akcja trwała prawie półtorej godziny. W końcu ruszyliśmy! Szkoda, że nie można zarejestrować na żadnym sprzęcie smrodu. Na tej barce był bardzo nieprzyjemny zapach, wręcz odór. Ale to nikomu nie przeszkadzało. Nie dziwię się temu, bo na barkach przewożą różne rzeczy, produkty spożywcze, zwierzęta i w tym wszystkim odnajdują się ludzie. Na barce jest dużo swobody. Każdy ma własny hamak, lub miejsce na ławce, albo podłodze. Gdzie jest wolne miejsce, tam można się ulokować. Przez cały czas podróży towarzyszył nam smród, hałas silnika, który był pod nami i oczywiście współtowarzysze podróży. Obok mnie, w swoim hamaku baraszkowały dzieci. Ciągle mnie obserwowały jako niecodzienne zjawisko przyrodnicze, bo cały czas były blisko białego człowieka. Ciekawe doświadczenie dla obu stron…
Po niecałych dwóch godzinach płynięcia najpierw rzeką Itaya (Itaja), a potem słynną Amazonką, dopłynęliśmy do celu. Przestało padać, kiedy około godziny 17.00 opuściliśmy barkę. Po drodze do domu kupiliśmy pieczywo na kolację. Czekali na nas Gabriel, świecki misjonarz z Kanady pochodzący i Tedi, który w tym roku wstępuje do seminarium duchownego w Iquitos. Wieczorem poszliśmy odprawić Eucharystię. I tak dobiegał końca mój pierwszy dzień w misji Tamshiyacu.
W niedzielę odprawiliśmy poranną Eucharystię. Potem było śniadanie: pieczywo, ser, miód, owoce. Śniadanie lekkie i pożywne. I oczywiście kawa. Odwiedziłem siostry zakonne i poszedłem z jedną z nich do ośrodka rehabilitacyjnego, który prowadzą. Chwilkę tam pobyłem i wróciłem do domu. Zdążyłem trochę zwiedzić okolicę. Tamshiyacu zamieszkuje około siedmiu tysięcy ludzi. Są szkoły, nawet ładny rynek, a raczej plac. Niewielki port i promenada. Ludzie żyją raczej ubogo. W tej miejscowości jest zasadniczo wszystko, co potrzebują do życia. Prawie wszystko można kupić. Nawet jest mały hotelik dla turystów. Całą dobę jest prąd. To jest pewien luksus w tych amazońskich klimatach. Woda, jak raczej wszędzie – z deszczu. Brakuje internetu. Jest jedynie tylko w miejscowym budynku administracji.
Po obiedzie popłynęliśmy łodzią motorową, która jest własnością parafii do Grand Perú. Jest to niewielka wioska nad Amazonką. Liczy około czterystu osób. Na Mszy św. zgromadziła się prawie jedna trzecia mieszkańców. I chwilowo, tak mimochodem pies i kurczak się pojawiły. Nie mogło zabraknąć małych, gryzących muszek i komarów – nieodłącznych towarzyszy człowieka. Cała Msza trwała prawie dwie godziny. Niektórzy może i przyszli pierwszy raz na liturgię. Jednak wszyscy byli zaangażowani w jej celebrację. Bardzo żywiołowi i spontaniczni. Śpiewali, pląsali, klaskali w dłonie. W trakcie kazania niektórzy zadawali pytania. Kolejne ciekawe doświadczenie dla mnie – białego europejczyka. W czasie trwania Mszy św. rozpogodziło się. Stało się jeszcze cieplej. Ciekawa sprawa, bo po Eucharystii gospodarze domu, z tego powodu że zapewne w intencji zmarłych z ich rodziny była Msza, poczęstowali wszystkich uczestników sytym posiłkiem. Każdy dostał przysłowiową „michę”. Taka swoista agapa. Od stołu Chleba wiecznego do stołu chleba powszedniego. Wszyscy byli bardzo z tego faktu zadowoleni. W trakcie, gdy spożywaliśmy ze smakiem ryż, maniok i kawałek kurczaka, popijając napojem z owocu kakao, gospodarz śpiewał pieśni w przeddzień narodowego święta Peru – dnia niepodległości, który obchodzony jest 28 lipca.
Po Eucharystii i agapie wróciliśmy do naszej łodzi, przycumowanej i kołyszącej się bezwiednie przy brzegu Amazonki. Zachód słońca rzucał piękną poświatę na taflę wody. Zaraz przypomniałem sobie nasze rzeki Wisłę, Odrę, Bug…, nad nimi też pięknie zachodzi słońce… Szybciutko wróciliśmy do parafii radośni i najedzeni. Czekała nas jeszcze inna atrakcja. Siostry Misioneras Eucaristicas de Maria Inmaculada pracujące w tej misji, które pochodzą z Meksyku, przygotowały z okazji wspomnianego święta Peruwiańczyków, loterię pieniężną „BINGO”. Nigdy wcześniej nie grałem w żaden hazard. Ale tym razem cel był słuszny. Zbierały fundusze na wspomniany ośrodek rehabilitacji. Kupiłem trzy kupony z numerami. I oczywiście nic nie wygrałem. W bingo grają niemal wszyscy. Wieczorem, przy zapalonych ulicznych lampach, głośnej muzyce zebrało się bardzo dużo ludzi. Posiadali gdzie się dało usiąść, małe dzieciaki biegały bardzo podekscytowane, że coś się w wiosce dzieje. Młodzi i starzy czekali na rozpoczęcie gry. Loterię poprowadził jakiś miejscowy urzędnik. Były trzy tury i do wygrania 50, 100 i 150 nowych soli. Peruwiańczycy chyba lubią bingo, bo wszędzie jest bardzo popularne. Żeby jeszcze chcieli wygrać z narkomanią, prostytucją i przemocą. Żeby chcieli wygrać swoje trwałe małżeństwa i rodziny. Byłoby super. Siostrzyczki zapewne sporo zebrały z tej gry, tak bardzo popularnej i lubianej przez tych ludzi. Życzę siostrom wytrwałości w trudach ewangelizacji, a nie jest to łatwe zadanie w takich warunkach społecznych, ekonomicznych, kulturowych. Oby się to wszystko kiedyś z Bożą pomocą udało. Panie Jezu, spraw żebyśmy mieli siły i odwagę proponować Twoje zasady gry, by wszyscy, z którymi się spotykamy i spotkamy zechcieli te zasady przyjąć i według nich żyć, żeby wygrać życie wieczne – BINGO!
Pierwszy raz pływałem łodzią po Amazonce. Kupiliśmy za 50 soli benzynę i popłynęliśmy do Nuevo Maranaca jednej z wielu wiosek, oddalonej od Tamshiyacu jakąś godzinę. Z najdłuższej rzeki świata odbiliśmy w jej dopływ. Wioskę zamieszkuje kilkadziesiąt rodzin. Do kaplicy na niedzielną liturgię Słowa Bożego przychodzi do kilku osób. Przewodzi tej wspólnocie „animador”, czyli animator – katechista. Już od 37 lat odpowiada za tę malutką wspólnotę Kościoła powszechnego. Natomiast kaplica istnieje 32 lata. Takich punktów z animatorami, czy też liderami małych wspólnot jest bardzo dużo w naszym wikariacie. I dzięki Panu Bogu, że trwają, że nie zrezygnowali z Ewangelii, że nie poszli do jakiejś sekty, których w Peru jest bardzo dużo. W drodze do tej osady w dżungli towarzyszyli mi Gabriel oraz pan Francisco, nasz motorniczy. Siedział obok i pełnił zaszczytną funkcję pilota wyprawy. Gabriel dbał o kamerę i filmował, mnie przypadła przyjemność prowadzenia naszej łodzi.

Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *