Ks. Tomasz Cieniuch

Z bardzo krótkiej perspektywy czasu, bo zaledwie kilku dni od momentu opuszczenia stolicy Peru, mogę powiedzieć, że pobyt w Limie był bardzo owocny. Samo życie w wielkim mieście jak dla mnie nie jest tak fascynujące. Odnoszę wrażenie, że wszystkie duże miasta mają wiele wspólnego. To nawet nie jest wrażenie, a raczej fakt. Zachodzi jednak pewna różnica. Dotyczy to sposobu funkcjonowania. Egzystencji ludzi. Chociaż problemy są jednakowe, to jednak sposób ich rozwiązywania jest trochę inny. Z moich skromnych obserwacji dostrzegłem sporo pozytywnych momentów, zdarzeń. Przy mojej jeszcze słabej znajomości chociażby języka hiszpańskiego, czy raczej tu w Peru, Castellano. Gdy rozmawiałem z przygodnymi osobami, okazywali wobec mnie ogromną życzliwość i gotowość pomocy. Zderzyłem się z peruwiańską biurokracją, bo ponad miesiąc (a to jest niedługo!) załatwiałem carné de extranjería, czyli karnet obcokrajowca. Jest to dokument pozwalający swobodnie poruszać się w Peru. To taki rodzaj dowodu osobistego. W limie doświadczyłem tak zwanej „hora peruana” – godziny peruwiańskiej. Polega na tym, że ktoś umawia się na konkretny czas, ale nie oznacza to, że to jest ten konkretny czas. To uczy cierpliwości. Kolejna zasada, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kto jeździ motocyklem, to dobrze rozumie co to znaczy. Na każdym skrzyżowaniu stoi policjant lub policjantka. Kierują ruchem. I dobrze, że kierują, bo inaczej człowiek mógłby stać na przejściu la pieszych nawet dwadzieścia minut i nie mógłby przejść przez jezdnię, nawet gdy zapali się dla pieszych zielone światło. Ciekawe zajęcie mają policjanci. Stoją tak na skrzyżowaniu i gwiżdżą gwizdkiem i machają pałką praktycznie non-stop. Że też ich usta nie bolą? Dom naszego wikariatu w Limie znajduje się przy dość ruchliwym skrzyżowaniu ulic, więc hałas jest cały czas. Jednego czwartku, czekając na znajomych w centrum miasta, przy La Plaza Mayor, byłem świadkiem pewnego zdarzenia. Otóż wokół tego placu jeździł wóz opancerzony z armatką wodną. W naiwności swojej myślałem, że to jest jakaś impreza lokalna, jakiś pochód , defilada będzie… Dużo policji stało, uzbrojonej po zęby. Okazało się niebawem, że ludzie zaczęli szykować się do demonstracji antyrządowej. W pewnym momencie przy skandowaniu tłumu, policja zaczęła lać wodą tych demonstrantów i spychać w boczną ulicę. Zatrzymano ruch samochodów, żeby opanować demonstrujących obywateli. Dla mnie to był taki mały obrazek ze stanu wojennego u nas. Turyści natomiast stali, lub chodzili przyglądając się, co się dzieje. Innym razem w niedzielne południe przed naszym domem, ulicą przeszła inna demonstracja, a raczej taki pochód zwolenników jakiegoś kandydata na „alcalde”, to ktoś w rodzaju burmistrza, lub może też radnego. Taki mały pochód z orkiestrą nawet i skandowanymi sloganami, jak zawsze w takich defiladach bywa.
Była też jedna zabawna sytuacja, kiedy we trzech, to jest Grzesiek, Fernando i ja, poszliśmy na pizzę oczywiście do takiego miejsca gdzie serwują tylko pizzę. Takie same lokale, bardzo duże są w Polsce. Spytałem kelnerkę czy można zapłacić dolarami. Odpowiedziała, że tak, jak najbardziej. Kiedy przyszło do płacenia, a była już godzina zamykania lokalu, podałem jej dolary i okazało się, że nie przyjmie, bo to jest za duży nominał. Dałem sto, licząc przy tym, że mi rozmieni przy okazji. Powód jeden, że to jest fałszywka. Więc zrobiliśmy zrzutę soli i kiedy zatrzymaliśmy taxi, powiedziałem kierowcy, że mam tylko dziesięć soli i sto dolarów. Zawiózł nas za te dziesięć soli, chociaż normalnie powinno być dwa razy więcej.
W każdą niedzielę chodziliśmy z Fernandem do kościoła parafialnego św. Antoniego z Padwy, do franciszkanów. Z buta tylko kilka minut od naszego domu. Tu w Peru i w całej Ameryce Południowej Kościół przy wszystkich problemach, jakie ma jest bardzo żywy i aktywny. Widać w tych, co uczestniczą w Eucharystii wewnętrzną wolność. Nie widzą problemu, by animować śpiew, by czytać komentarze do liturgii słowa, by czytać czytania. Nie trzeba o to ich prosić, czytają nawet ogłoszenia parafialne. Wszyscy, którzy siedzą w ławkach też są bardzo zaangażowani w liturgię. Śpiewają głośno, odpowiadają na wezwania księdza. Nawet kazania słuchają bardzo aktywnie. Niektórzy kiwają głową, inni głośno się śmieją gdy ksiądz powie coś, co ich rozbawi, ktoś inny ucina sobie drzemkę w drugiej ławce przed mówiącym kazanie księdzem. Niektórzy widziałem, że nawet dyskutowali między sobą w trakcie kazania. I to jest dla nich takie normalne. Niektórzy się spóźniają na Mszę św. I prawie wszyscy przed Eucharystią rozmawiają, witają się, niektórzy robią sobie zdjęcia pamiątkowe, bo akurat jest ich Msza. Też się spowiadają. Jest to Kościół radosny. Rzeczywiście modlą się. I obowiązkowo po każdej Mszy św. ksiądz musi ich pobłogosławić i pokropić święconą wodą. Święcona woda jest bardzo ważna. Odnieść można wrażenie, że jest ważniejsza niż cała Eucharystia. Nie należy tego osądzać i oceniać, gdzie ludzie są bardziej wierzący, w Polsce, czy tu, w Peru. Oni mają swoją kulturę, zwyczaje, obrzędy, tradycję. Mają taką a nie inną religijność i pobożność. I dzięki Panu Bogu, że nasz Kościół jest Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski, a przy tym tak różnorodny w tej jedności.

Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *