Ks. Tomasz Cieniuch

Czekając ciągle na wizę skorzystałem z okazji, żeby pojechać na uroczystość poświęcenia nowego kościoła w Curcubambie (Surkubambie). Tu w Peru długie trasy pokonuje się środkami transportu publicznego typu autobus, samolot, barka. Jazda samochodem może być bardzo męcząca i nawet niebezpieczna. Więc wybraliśmy się wygodnym autobusem. Porównałem sobie jazdę na odcinku Warszawa – Wrocław (ok. 5 godzin) siedzenia w mało komfortowym fotelu i wygodę podróżowania z Limy do Huancayo (Uankajo), bo właśnie jechaliśmy do miasta u podnóża Andów, gdzie są polscy misjonarze. Całą noc przespałem w bardzo wygodnym , rozkładanym fotelu. Oczywiście na kolację każdy otrzymał ciepłą kanapkę, oraz do wyboru kawę lub herbatę z liści koki. Wybrałem oba napoje. Ich działanie przydało się gdy przejeżdżaliśmy przez Przełęcz Ticlio. Nie miałem już problemów z ciśnieniem jak ostatnim razem. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Huancayo. Taxi pojechaliśmy do parafii. Była akurat poranna Eucharystia, więc przez kościół wszedłem jak gdyby nigdy nic na plebanię. Jakoś wszyscy się zorientowali, że jestem padre, bo jestem biały. Zaraz też przyszła z kościoła gospodyni i nas ugościła. Piszę nas, bo byłem w towarzystwie Eriki i Gabrysi, która prowadzi w Iquitos „comedor”, czyli jadalnię dla biednych dzieci – inaczej mówiąc, prowadzi świetlicę środowiskową dla nich. Kieruje tą świetlicą już piąty rok.
O godz. 11.00 była Msza św. z procesją Bożego Ciała po ulicach Huancayo. Przewodniczyłem tej Mszy św. i z ks. Maćkiem, który tam posługuje ponieśliśmy Pana Jezusa do czterech ołtarzy. Na początku wszyscy myśleli, że jestem padre Pablo, który ma tam przyjechać niebawem (byłem z Pawłem na przygotowaniu w CFM w Warszawie). Dla mnie osobiście takim ciekawym doświadczeniem było, kiedy wszyscy prosili o pokropienie ich święconą wodą. Pokropienie, to słabe słowo. Polanie ich wodą jest bardziej adekwatne. Czyni się tak po każdej Mszy św. W czasie procesji jedna kobieta się oburzyła trochę na mnie, że ją pominąłem. Wróciłem więc i ją mocno pokropiłem, ku jej zachwytowi.
W poniedziałek wyruszyliśmy w drogę, do wioski położonej w Andach. Pogoda nam sprzyjała. Świeciło słońce, nie wiało. Było jednak chłodno, a nawet zimno w chwilach zachmurzenia. W górach i nie tylko w górach misjonarze przemieszczają się terenówkami. Bynajmniej nie dlatego, że mają takie widzimisię, albo taka moda, albo że ich stać na taki samochód. Jeśli ktoś sobie wyobraża szutrową drogę, gdzieś na budowie lub w lesie, to w Peru a szczególnie w górach i środkowej selwie (dżungli) są tylko takie drogi, często poprzecinane strumykami niewinnie mruczącymi w porze suchej, i większymi potokami, przez które normalna osobówka raczej nie przejedzie. W miastach a i owszem są asfaltowe. Kolejny powód, to taki, że wysoko w górach brakuje tlenu i jest rzadkie powietrze. Więc muszą posiadać te samochody mocne silniki i mocną sprężarkę.
Wyjeżdżając z Huancayo na trzy terenówki, zabraliśmy ze sobą rzeczy potrzebne na dwa dni. Zaplanowany był nocleg, ale nie bardzo wszyscy wiedzieliśmy gdzie spędzimy noc. Na pewno w Curcubambie. Skończył się asfalt, skończyła się cywilizacja. Droga w nieznane. Nikt z nas oprócz jednego księdza nie był nigdy w Curcubambie. Podróż miała trwać pięć godzin. Wyszło wszystkiego sześć z hakiem. Piękne widoki, malownicze krajobrazy. I droga piaszczysta i potem kamienista, przecinana miejscami rwącą wodą, z mostkami drewnianymi, jakby przed chwilą je ktoś ułożył specjalnie dla nas, jadących na fiestę. Siedziałem na tylnym siedzeniu. Podziwiałem przyrodę. Potęgę Andów. Myślę, że człowiek może w jakiś sposób ujarzmić przyrodę. Zamknąć ją w rezerwaty. Może ją niszczyć, ale nie może ostatecznie zawładnąć nią, nie może jej ograniczyć. Bo ograniczyłby wówczas Stwórcę. Piękno przyrody między innymi wyraża Jego potęgę i Jego piękno. Oglądałem zatem potęgę i piękno Boga. Podziwiałem zbocza strome i wysokie nad nami jakby uśpione, drzemiące, gotowe w każdym momencie swego istnienia dosłownie wypluć kamienie i głazy na niepokornych. Ich wysokość pokryta zielenią i wyschniętą trawą wysmaganą andyjskimi wiatrami. Przydrożne kaktusy, ostrzegające przed niebezpieczeństwem śmierci, dla tych, którzy pochylają się nad przepaścią. Pan Bóg miał fantazję stwarzając w swoim czasie te Andy. Z jednej strony strome zbocza, a z drugiej głębokie przepaście, dające życie, bo płyną w nich potoki, przy których to życie kwitnie: niewielkie osady ludzkie, pasące się krowy, owce, osły i oczywiście lamy i alpaki. Zastanawialiśmy się w drodze dlaczego i jak ci ludzie żyją w takim klimacie i na takich wysokościach? Dwie odpowiedzi wysnuliśmy wspólnie. Pierwsza, to taka, że on kochają swoją ziemię. Są dziećmi Paciamamy – Matki-Ziemi, która daje im wszystko w ich rozumieniu. I Druga odpowiedź jest taka, że ich obecność w Andach, tam bardzo wysoko, obecność zorganizowana, mająca swój rytm życia, pracy, nauki, odpoczynku ogranicza w dużym stopniu rozprzestrzenianie się terroryzmu „Świetlanego Szlaku” i przemytu narkotyków. Jednak nie wszyscy zostają wysoko w Andach. Młodzi uciekają do miast…
W końcu dojechaliśmy do Curcubamby. Miejscowość pięknie położona na wysokości tylko 2600 m.n.p.m. Mieszkańców liczy ponad tysiąc z pięknym, nowym kościołem, czekającym na poświęcenie. Przybył też biskup. Bardzo wymowny był moment, w którym alcalde, to znaczy burmistrz wręczał klucze świątyni biskupowi. Ten kościół wybudowali ksiądz Krzysztof i jego parafianie z Curcubamby. Msza była uroczysta. Kilku księży z Polski, pracujących w okolicach odwiedzonej parafii, przedstawiciele władzy lokalnej, żołnierze z pobliskiej jednostki, nauczyciele i uczniowie ze szkoły, parafianie. Biskup miał małą asystę w osobach dwóch miejscowych chłopaków . Byli porządnie ubrani – jednakowo. Trzymali mitrę i pastorał. Miał miejsce mały, komiczny akcydent. Otóż, kiedy biskup wygłaszał kazanie, a nie było krótkie (słynie z długich kazań) jeden z chłopców, zapewne bolały go nogi, usiadł na tzw. Tronie biskupa i sobie siedział. Po kilku dźwiękowych, a charakterystycznych sygnałach z naszej strony, zreflektował się i znowu stanął. Po Eucharysti i poświęceniu świątyni, alcalde zaprosił biskupa i nas na kolację do miejscowej „restauracji”. Takie większe pomieszczenie z kuchnią, a raczej coś podobnego do kuchni. Zaserwowano rosół z kury i inne dania. Jednak ten rosół był wyjątkowy, bo z kury i z gotowanym jajkiem w skorupce. Nie ukrywam, że to mnie trochę zaskoczyło. Wytłumaczyli mi, że to jajko jest po to, żeby zaznaczyć, że rosół jest z kury, a nie koguta czy kurczaka. Inne potrawy to prażona kukurydza, gotowane ziemniaki na zimno, ryż który jest zawsze na stole peruwiańskim, tak jak w Polsce jest chleb.
Wróciliśmy na plebanię, żeby jeszcze porozmawiać, pobyć z sobą, nacieszyć się sobą. Na misjach jest to bardzo cenne, móc spotkać się. Takie okazje do spotkań nie są takie częste, bo praca parafialna (objeżdżanie wiosek), ogromne odległości są często przeszkodą do częstych spotkań. Nieraz trzeba przejechać kilka godzin, żeby wypić kawę, wyspowiadać się. Takie jest życie misjonarza.
Rano wyruszyliśmy w drogę powrotną. Widoki te same, i droga ta sama. Ale inne przygody. Ksiądz Maciek złapał kapcia. Całe szczęście, że zaraz za wioską i że był drugi samochód. Szybko uporaliśmy się ze zmianą koła. Czas nas trochę gonił, bo musieliśmy wrócić do parafii przed siedemnastą. Na tej trasie z Huancayo do Curcubamby jest najwyższy punkt, który liczy 4525 m.n.p.m. dało się odczuć taką wysokość.

Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *