Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Korzystam z wolnego czasu oczekując powrotu do Iquitos Beaty Prusinowskiej. Polecimy razem do El Estrecho. Będziemy razem na jednej misji. Bea jest świecką misjonarką. Postanowiłem po uprzednich ustaleniach z padre Ivanem, proboszczem w Tamshiyacu (Tamszijaku), że odwiedzę jego misję. Ivan jest tu, w wikariacie kilkadziesiąt lat. Pochodzi z Kanady. Niesamowita osobowość i niesamowite doświadczenie misyjne. Jest księdzem diecezjalnym.
Wypłynęliśmy barką pasażerską do Tamshiyacu zaraz po obiedzie, koło godziny 13.00. Padał deszcz od rana, więc istniała obawa, czy tego dnia wypłyniemy. Była sobota. Wsiedliśmy na barkę, rozwiesiliśmy hamaki i… pojawił się problem z silnikiem, a raczej z śrubą. Coś ją blokowało. Motorniczy i załoga statku rozpoczęli poszukiwania przyczyny tej awarii. W tym dość mocno padającym deszczu wskoczyli do wody, która sięgała im prawie pod pachy. Cała akcja trwała prawie półtorej godziny. W końcu ruszyliśmy! Szkoda, że nie można zarejestrować na żadnym sprzęcie smrodu. Na tej barce był bardzo nieprzyjemny zapach, wręcz odór. Ale to nikomu nie przeszkadzało. Nie dziwię się temu, bo na barkach przewożą różne rzeczy, produkty spożywcze, zwierzęta i w tym wszystkim odnajdują się ludzie. Na barce jest dużo swobody. Każdy ma własny hamak, lub miejsce na ławce, albo podłodze. Gdzie jest wolne miejsce, tam można się ulokować. Przez cały czas podróży towarzyszył nam smród, hałas silnika, który był pod nami i oczywiście współtowarzysze podróży. Obok mnie, w swoim hamaku baraszkowały dzieci. Ciągle mnie obserwowały jako niecodzienne zjawisko przyrodnicze, bo cały czas były blisko białego człowieka. Ciekawe doświadczenie dla obu stron…
Po niecałych dwóch godzinach płynięcia najpierw rzeką Itaya (Itaja), a potem słynną Amazonką, dopłynęliśmy do celu. Przestało padać, kiedy około godziny 17.00 opuściliśmy barkę. Po drodze do domu kupiliśmy pieczywo na kolację. Czekali na nas Gabriel, świecki misjonarz z Kanady pochodzący i Tedi, który w tym roku wstępuje do seminarium duchownego w Iquitos. Wieczorem poszliśmy odprawić Eucharystię. I tak dobiegał końca mój pierwszy dzień w misji Tamshiyacu.
W niedzielę odprawiliśmy poranną Eucharystię. Potem było śniadanie: pieczywo, ser, miód, owoce. Śniadanie lekkie i pożywne. I oczywiście kawa. Odwiedziłem siostry zakonne i poszedłem z jedną z nich do ośrodka rehabilitacyjnego, który prowadzą. Chwilkę tam pobyłem i wróciłem do domu. Zdążyłem trochę zwiedzić okolicę. Tamshiyacu zamieszkuje około siedmiu tysięcy ludzi. Są szkoły, nawet ładny rynek, a raczej plac. Niewielki port i promenada. Ludzie żyją raczej ubogo. W tej miejscowości jest zasadniczo wszystko, co potrzebują do życia. Prawie wszystko można kupić. Nawet jest mały hotelik dla turystów. Całą dobę jest prąd. To jest pewien luksus w tych amazońskich klimatach. Woda, jak raczej wszędzie – z deszczu. Brakuje internetu. Jest jedynie tylko w miejscowym budynku administracji.
Po obiedzie popłynęliśmy łodzią motorową, która jest własnością parafii do Grand Perú. Jest to niewielka wioska nad Amazonką. Liczy około czterystu osób. Na Mszy św. zgromadziła się prawie jedna trzecia mieszkańców. I chwilowo, tak mimochodem pies i kurczak się pojawiły. Nie mogło zabraknąć małych, gryzących muszek i komarów – nieodłącznych towarzyszy człowieka. Cała Msza trwała prawie dwie godziny. Niektórzy może i przyszli pierwszy raz na liturgię. Jednak wszyscy byli zaangażowani w jej celebrację. Bardzo żywiołowi i spontaniczni. Śpiewali, pląsali, klaskali w dłonie. W trakcie kazania niektórzy zadawali pytania. Kolejne ciekawe doświadczenie dla mnie – białego europejczyka. W czasie trwania Mszy św. rozpogodziło się. Stało się jeszcze cieplej. Ciekawa sprawa, bo po Eucharystii gospodarze domu, z tego powodu że zapewne w intencji zmarłych z ich rodziny była Msza, poczęstowali wszystkich uczestników sytym posiłkiem. Każdy dostał przysłowiową „michę”. Taka swoista agapa. Od stołu Chleba wiecznego do stołu chleba powszedniego. Wszyscy byli bardzo z tego faktu zadowoleni. W trakcie, gdy spożywaliśmy ze smakiem ryż, maniok i kawałek kurczaka, popijając napojem z owocu kakao, gospodarz śpiewał pieśni w przeddzień narodowego święta Peru – dnia niepodległości, który obchodzony jest 28 lipca.
Po Eucharystii i agapie wróciliśmy do naszej łodzi, przycumowanej i kołyszącej się bezwiednie przy brzegu Amazonki. Zachód słońca rzucał piękną poświatę na taflę wody. Zaraz przypomniałem sobie nasze rzeki Wisłę, Odrę, Bug…, nad nimi też pięknie zachodzi słońce… Szybciutko wróciliśmy do parafii radośni i najedzeni. Czekała nas jeszcze inna atrakcja. Siostry Misioneras Eucaristicas de Maria Inmaculada pracujące w tej misji, które pochodzą z Meksyku, przygotowały z okazji wspomnianego święta Peruwiańczyków, loterię pieniężną „BINGO”. Nigdy wcześniej nie grałem w żaden hazard. Ale tym razem cel był słuszny. Zbierały fundusze na wspomniany ośrodek rehabilitacji. Kupiłem trzy kupony z numerami. I oczywiście nic nie wygrałem. W bingo grają niemal wszyscy. Wieczorem, przy zapalonych ulicznych lampach, głośnej muzyce zebrało się bardzo dużo ludzi. Posiadali gdzie się dało usiąść, małe dzieciaki biegały bardzo podekscytowane, że coś się w wiosce dzieje. Młodzi i starzy czekali na rozpoczęcie gry. Loterię poprowadził jakiś miejscowy urzędnik. Były trzy tury i do wygrania 50, 100 i 150 nowych soli. Peruwiańczycy chyba lubią bingo, bo wszędzie jest bardzo popularne. Żeby jeszcze chcieli wygrać z narkomanią, prostytucją i przemocą. Żeby chcieli wygrać swoje trwałe małżeństwa i rodziny. Byłoby super. Siostrzyczki zapewne sporo zebrały z tej gry, tak bardzo popularnej i lubianej przez tych ludzi. Życzę siostrom wytrwałości w trudach ewangelizacji, a nie jest to łatwe zadanie w takich warunkach społecznych, ekonomicznych, kulturowych. Oby się to wszystko kiedyś z Bożą pomocą udało. Panie Jezu, spraw żebyśmy mieli siły i odwagę proponować Twoje zasady gry, by wszyscy, z którymi się spotykamy i spotkamy zechcieli te zasady przyjąć i według nich żyć, żeby wygrać życie wieczne – BINGO!
Pierwszy raz pływałem łodzią po Amazonce. Kupiliśmy za 50 soli benzynę i popłynęliśmy do Nuevo Maranaca jednej z wielu wiosek, oddalonej od Tamshiyacu jakąś godzinę. Z najdłuższej rzeki świata odbiliśmy w jej dopływ. Wioskę zamieszkuje kilkadziesiąt rodzin. Do kaplicy na niedzielną liturgię Słowa Bożego przychodzi do kilku osób. Przewodzi tej wspólnocie „animador”, czyli animator – katechista. Już od 37 lat odpowiada za tę malutką wspólnotę Kościoła powszechnego. Natomiast kaplica istnieje 32 lata. Takich punktów z animatorami, czy też liderami małych wspólnot jest bardzo dużo w naszym wikariacie. I dzięki Panu Bogu, że trwają, że nie zrezygnowali z Ewangelii, że nie poszli do jakiejś sekty, których w Peru jest bardzo dużo. W drodze do tej osady w dżungli towarzyszyli mi Gabriel oraz pan Francisco, nasz motorniczy. Siedział obok i pełnił zaszczytną funkcję pilota wyprawy. Gabriel dbał o kamerę i filmował, mnie przypadła przyjemność prowadzenia naszej łodzi.

Po pobycie w Limie nadszedł dla mnie czas zmiany miejsca pobytu. Czasowo, bo tylko na około sześć tygodni zatrzymałem się w Iquitos. To miasto nazywane jest „wrotami do dżungli”. Kiedy z Limy wylatywałem w sobotę samolotem do Iquitos niemałym opóźnieniem, bo trzydziestominutowym, o godzinie 17.30 zająłem miejsce na pokładzie linii lotniczych LAN. Lubię siedzieć przy oknie i też tak siedziałem. Niebawem stało się na zewnątrz ciemno i ponuro. W Peru godzina 18.00 oznacza, że wchodzi się w noc. Szybko staje się ciemno. Ta ciemność nie trwała jednak długo w samolocie, bo po przekroczeniu pułapu chmur rozpościerał się przepiękny widok. Tak jakby wstawał nowy dzień. Piękny świt poranka. Brzask nowego dnia. Z innej strony ta świadomość, że to zachód słońca, że dzień się chyli, że gdzieś tam na dole jest już ciemno… Jednak ten blask zachodzącego, czy wschodzącego słońca przypomina mi o jednym: „Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności”. Byłem ponad górami. Ponad chmurami. Byłem bliżej słońca. Całe stworzenie jest piękne, bo Pan Bóg jest piękny. Całe stworzenie jest dobre, bo Pan Bóg jest dobry. Całe stworzenie jest prawdziwe, to na które patrzymy, bo Pan Bóg jest prawdziwy.
Nareszcie! Samolot dotknął płyty lotniska. Wylądowałem w Iquitos. Pierwsze wrażenie? W chwili wychodzenia z samolotu, to tak jakbym otworzył drzwi do sauny. Uderzenie ciepła i wilgoci. Na lotnisku czekała na mnie Gabrysia (wspominałem już o Niej). Opuściliśmy teren lotniska, by „motocarro” pojechać do domu. Jest to bardzo specyficzny pojazd. Rodzaj rikszy. Poza lotniskiem jest dużo taniej. Za utargowane dziewięć nowych soli, więc w przeliczeniu prawie dziesięć złotych, pojechaliśmy do domu naszego wikariatu. Po drodze był wyścig z innymi „motocarro”, kilkukrotne łamanie przepisów drogowych z jazdą na czerwonym świetle na przykład. Tak się jeździ w Iquitos. Samochodów nie ma dużo. Zasadniczo „motocarro” i skutery oraz motocykle.
Po jechaliśmy coś zjeść. Tak się napchałem kurczaka, frytek i ryżu, że nie mogłem w nocy również przez to spać. Było bardzo ciepło. Pierwsza noc w Iquitos nieprzespana. Przez zmianę klimatu. Taki bardzo szybki przeskok z zimy do lata. Właściwie w tej części Peru nie ma pór toku. Jest zawsze ciepło. Przed snem wziąłem prysznic. I zanim się położyłem, znów byłem cały mokry.
Właśnie w tej chwili, gdy siedzę na werandzie i piszę, obserwuję jak mały koliber zbiera kwiatowy nektar – fajne to jest! To, czego się człowiek dowiadywał i uczył na lekcjach biologii, teraz można zobaczyć na własne oczy.
Na drugi dzień, w niedzielę spotkałem się z ks. Pawłem Staniosem. Sprawowaliśmy razem Eucharystię w Jego kościele. Jest proboszczem w parafii pw. św. Antoniego z Padwy w Iquitos. W samym milionowym mieście jest dziewiętnaście parafii. Kilka z nich obsługują księża z Polski. Wszyscy są z diecezji płockiej. Pracują tutaj niektórzy z nich już długo.
Kiedy się jakoś oswoiłem z nowym miejscem, zacząłem zapoznawać się z osobami, które pracują w naszym wikariacie. Przylatują lub częściej przypływają do Iquitos, żeby załatwić jakieś sprawy związane najczęściej z pracą w punktach misyjnych. Również ja, podjąłem przy pomocy jednej sekretarki starania o rozpoczęcie kursu na motorniczego barki. Okazało się jednak, iż nie mogę teraz, bo kurs jaki miał się rozpocząć końcem lipca jest dla kandydatów na kapitana. Nie jestem Peruwiańczykiem i kapitanem być nie mogę. Ostatecznie muszę poczekać na swój kurs do września najprawdopodobniej. Kilka lat temu zrobiłem patent na sternika motorowodnego. Ale Peru nie ma podpisanej żadnej umowy z Polską, więc w tych warunkach jest nieważny. Tu w Peru wydają każdej osobie pełnoletniej taki dokument bez żadnego problemu i bez żadnego kursu, więc w ciągu zaledwie dwóch dni otrzymałem takowy, odpowiednik tego europejskiego. Fajnie, bo przynajmniej to mam z głowy! Mogę spokojnie pływać małą łodzią motorową, lub inną – nawet z wiosłami. Dziękuję dobremu Panu Bogu za każdy dzień, który mi daje przeżyć w nowej i zupełnie innej rzeczywistości jaką jest Peru.

Z bardzo krótkiej perspektywy czasu, bo zaledwie kilku dni od momentu opuszczenia stolicy Peru, mogę powiedzieć, że pobyt w Limie był bardzo owocny. Samo życie w wielkim mieście jak dla mnie nie jest tak fascynujące. Odnoszę wrażenie, że wszystkie duże miasta mają wiele wspólnego. To nawet nie jest wrażenie, a raczej fakt. Zachodzi jednak pewna różnica. Dotyczy to sposobu funkcjonowania. Egzystencji ludzi. Chociaż problemy są jednakowe, to jednak sposób ich rozwiązywania jest trochę inny. Z moich skromnych obserwacji dostrzegłem sporo pozytywnych momentów, zdarzeń. Przy mojej jeszcze słabej znajomości chociażby języka hiszpańskiego, czy raczej tu w Peru, Castellano. Gdy rozmawiałem z przygodnymi osobami, okazywali wobec mnie ogromną życzliwość i gotowość pomocy. Zderzyłem się z peruwiańską biurokracją, bo ponad miesiąc (a to jest niedługo!) załatwiałem carné de extranjería, czyli karnet obcokrajowca. Jest to dokument pozwalający swobodnie poruszać się w Peru. To taki rodzaj dowodu osobistego. W limie doświadczyłem tak zwanej „hora peruana” – godziny peruwiańskiej. Polega na tym, że ktoś umawia się na konkretny czas, ale nie oznacza to, że to jest ten konkretny czas. To uczy cierpliwości. Kolejna zasada, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kto jeździ motocyklem, to dobrze rozumie co to znaczy. Na każdym skrzyżowaniu stoi policjant lub policjantka. Kierują ruchem. I dobrze, że kierują, bo inaczej człowiek mógłby stać na przejściu la pieszych nawet dwadzieścia minut i nie mógłby przejść przez jezdnię, nawet gdy zapali się dla pieszych zielone światło. Ciekawe zajęcie mają policjanci. Stoją tak na skrzyżowaniu i gwiżdżą gwizdkiem i machają pałką praktycznie non-stop. Że też ich usta nie bolą? Dom naszego wikariatu w Limie znajduje się przy dość ruchliwym skrzyżowaniu ulic, więc hałas jest cały czas. Jednego czwartku, czekając na znajomych w centrum miasta, przy La Plaza Mayor, byłem świadkiem pewnego zdarzenia. Otóż wokół tego placu jeździł wóz opancerzony z armatką wodną. W naiwności swojej myślałem, że to jest jakaś impreza lokalna, jakiś pochód , defilada będzie… Dużo policji stało, uzbrojonej po zęby. Okazało się niebawem, że ludzie zaczęli szykować się do demonstracji antyrządowej. W pewnym momencie przy skandowaniu tłumu, policja zaczęła lać wodą tych demonstrantów i spychać w boczną ulicę. Zatrzymano ruch samochodów, żeby opanować demonstrujących obywateli. Dla mnie to był taki mały obrazek ze stanu wojennego u nas. Turyści natomiast stali, lub chodzili przyglądając się, co się dzieje. Innym razem w niedzielne południe przed naszym domem, ulicą przeszła inna demonstracja, a raczej taki pochód zwolenników jakiegoś kandydata na „alcalde”, to ktoś w rodzaju burmistrza, lub może też radnego. Taki mały pochód z orkiestrą nawet i skandowanymi sloganami, jak zawsze w takich defiladach bywa.
Była też jedna zabawna sytuacja, kiedy we trzech, to jest Grzesiek, Fernando i ja, poszliśmy na pizzę oczywiście do takiego miejsca gdzie serwują tylko pizzę. Takie same lokale, bardzo duże są w Polsce. Spytałem kelnerkę czy można zapłacić dolarami. Odpowiedziała, że tak, jak najbardziej. Kiedy przyszło do płacenia, a była już godzina zamykania lokalu, podałem jej dolary i okazało się, że nie przyjmie, bo to jest za duży nominał. Dałem sto, licząc przy tym, że mi rozmieni przy okazji. Powód jeden, że to jest fałszywka. Więc zrobiliśmy zrzutę soli i kiedy zatrzymaliśmy taxi, powiedziałem kierowcy, że mam tylko dziesięć soli i sto dolarów. Zawiózł nas za te dziesięć soli, chociaż normalnie powinno być dwa razy więcej.
W każdą niedzielę chodziliśmy z Fernandem do kościoła parafialnego św. Antoniego z Padwy, do franciszkanów. Z buta tylko kilka minut od naszego domu. Tu w Peru i w całej Ameryce Południowej Kościół przy wszystkich problemach, jakie ma jest bardzo żywy i aktywny. Widać w tych, co uczestniczą w Eucharystii wewnętrzną wolność. Nie widzą problemu, by animować śpiew, by czytać komentarze do liturgii słowa, by czytać czytania. Nie trzeba o to ich prosić, czytają nawet ogłoszenia parafialne. Wszyscy, którzy siedzą w ławkach też są bardzo zaangażowani w liturgię. Śpiewają głośno, odpowiadają na wezwania księdza. Nawet kazania słuchają bardzo aktywnie. Niektórzy kiwają głową, inni głośno się śmieją gdy ksiądz powie coś, co ich rozbawi, ktoś inny ucina sobie drzemkę w drugiej ławce przed mówiącym kazanie księdzem. Niektórzy widziałem, że nawet dyskutowali między sobą w trakcie kazania. I to jest dla nich takie normalne. Niektórzy się spóźniają na Mszę św. I prawie wszyscy przed Eucharystią rozmawiają, witają się, niektórzy robią sobie zdjęcia pamiątkowe, bo akurat jest ich Msza. Też się spowiadają. Jest to Kościół radosny. Rzeczywiście modlą się. I obowiązkowo po każdej Mszy św. ksiądz musi ich pobłogosławić i pokropić święconą wodą. Święcona woda jest bardzo ważna. Odnieść można wrażenie, że jest ważniejsza niż cała Eucharystia. Nie należy tego osądzać i oceniać, gdzie ludzie są bardziej wierzący, w Polsce, czy tu, w Peru. Oni mają swoją kulturę, zwyczaje, obrzędy, tradycję. Mają taką a nie inną religijność i pobożność. I dzięki Panu Bogu, że nasz Kościół jest Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski, a przy tym tak różnorodny w tej jedności.

Czekając ciągle na wizę skorzystałem z okazji, żeby pojechać na uroczystość poświęcenia nowego kościoła w Curcubambie (Surkubambie). Tu w Peru długie trasy pokonuje się środkami transportu publicznego typu autobus, samolot, barka. Jazda samochodem może być bardzo męcząca i nawet niebezpieczna. Więc wybraliśmy się wygodnym autobusem. Porównałem sobie jazdę na odcinku Warszawa – Wrocław (ok. 5 godzin) siedzenia w mało komfortowym fotelu i wygodę podróżowania z Limy do Huancayo (Uankajo), bo właśnie jechaliśmy do miasta u podnóża Andów, gdzie są polscy misjonarze. Całą noc przespałem w bardzo wygodnym , rozkładanym fotelu. Oczywiście na kolację każdy otrzymał ciepłą kanapkę, oraz do wyboru kawę lub herbatę z liści koki. Wybrałem oba napoje. Ich działanie przydało się gdy przejeżdżaliśmy przez Przełęcz Ticlio. Nie miałem już problemów z ciśnieniem jak ostatnim razem. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Huancayo. Taxi pojechaliśmy do parafii. Była akurat poranna Eucharystia, więc przez kościół wszedłem jak gdyby nigdy nic na plebanię. Jakoś wszyscy się zorientowali, że jestem padre, bo jestem biały. Zaraz też przyszła z kościoła gospodyni i nas ugościła. Piszę nas, bo byłem w towarzystwie Eriki i Gabrysi, która prowadzi w Iquitos „comedor”, czyli jadalnię dla biednych dzieci – inaczej mówiąc, prowadzi świetlicę środowiskową dla nich. Kieruje tą świetlicą już piąty rok.
O godz. 11.00 była Msza św. z procesją Bożego Ciała po ulicach Huancayo. Przewodniczyłem tej Mszy św. i z ks. Maćkiem, który tam posługuje ponieśliśmy Pana Jezusa do czterech ołtarzy. Na początku wszyscy myśleli, że jestem padre Pablo, który ma tam przyjechać niebawem (byłem z Pawłem na przygotowaniu w CFM w Warszawie). Dla mnie osobiście takim ciekawym doświadczeniem było, kiedy wszyscy prosili o pokropienie ich święconą wodą. Pokropienie, to słabe słowo. Polanie ich wodą jest bardziej adekwatne. Czyni się tak po każdej Mszy św. W czasie procesji jedna kobieta się oburzyła trochę na mnie, że ją pominąłem. Wróciłem więc i ją mocno pokropiłem, ku jej zachwytowi.
W poniedziałek wyruszyliśmy w drogę, do wioski położonej w Andach. Pogoda nam sprzyjała. Świeciło słońce, nie wiało. Było jednak chłodno, a nawet zimno w chwilach zachmurzenia. W górach i nie tylko w górach misjonarze przemieszczają się terenówkami. Bynajmniej nie dlatego, że mają takie widzimisię, albo taka moda, albo że ich stać na taki samochód. Jeśli ktoś sobie wyobraża szutrową drogę, gdzieś na budowie lub w lesie, to w Peru a szczególnie w górach i środkowej selwie (dżungli) są tylko takie drogi, często poprzecinane strumykami niewinnie mruczącymi w porze suchej, i większymi potokami, przez które normalna osobówka raczej nie przejedzie. W miastach a i owszem są asfaltowe. Kolejny powód, to taki, że wysoko w górach brakuje tlenu i jest rzadkie powietrze. Więc muszą posiadać te samochody mocne silniki i mocną sprężarkę.
Wyjeżdżając z Huancayo na trzy terenówki, zabraliśmy ze sobą rzeczy potrzebne na dwa dni. Zaplanowany był nocleg, ale nie bardzo wszyscy wiedzieliśmy gdzie spędzimy noc. Na pewno w Curcubambie. Skończył się asfalt, skończyła się cywilizacja. Droga w nieznane. Nikt z nas oprócz jednego księdza nie był nigdy w Curcubambie. Podróż miała trwać pięć godzin. Wyszło wszystkiego sześć z hakiem. Piękne widoki, malownicze krajobrazy. I droga piaszczysta i potem kamienista, przecinana miejscami rwącą wodą, z mostkami drewnianymi, jakby przed chwilą je ktoś ułożył specjalnie dla nas, jadących na fiestę. Siedziałem na tylnym siedzeniu. Podziwiałem przyrodę. Potęgę Andów. Myślę, że człowiek może w jakiś sposób ujarzmić przyrodę. Zamknąć ją w rezerwaty. Może ją niszczyć, ale nie może ostatecznie zawładnąć nią, nie może jej ograniczyć. Bo ograniczyłby wówczas Stwórcę. Piękno przyrody między innymi wyraża Jego potęgę i Jego piękno. Oglądałem zatem potęgę i piękno Boga. Podziwiałem zbocza strome i wysokie nad nami jakby uśpione, drzemiące, gotowe w każdym momencie swego istnienia dosłownie wypluć kamienie i głazy na niepokornych. Ich wysokość pokryta zielenią i wyschniętą trawą wysmaganą andyjskimi wiatrami. Przydrożne kaktusy, ostrzegające przed niebezpieczeństwem śmierci, dla tych, którzy pochylają się nad przepaścią. Pan Bóg miał fantazję stwarzając w swoim czasie te Andy. Z jednej strony strome zbocza, a z drugiej głębokie przepaście, dające życie, bo płyną w nich potoki, przy których to życie kwitnie: niewielkie osady ludzkie, pasące się krowy, owce, osły i oczywiście lamy i alpaki. Zastanawialiśmy się w drodze dlaczego i jak ci ludzie żyją w takim klimacie i na takich wysokościach? Dwie odpowiedzi wysnuliśmy wspólnie. Pierwsza, to taka, że on kochają swoją ziemię. Są dziećmi Paciamamy – Matki-Ziemi, która daje im wszystko w ich rozumieniu. I Druga odpowiedź jest taka, że ich obecność w Andach, tam bardzo wysoko, obecność zorganizowana, mająca swój rytm życia, pracy, nauki, odpoczynku ogranicza w dużym stopniu rozprzestrzenianie się terroryzmu „Świetlanego Szlaku” i przemytu narkotyków. Jednak nie wszyscy zostają wysoko w Andach. Młodzi uciekają do miast…
W końcu dojechaliśmy do Curcubamby. Miejscowość pięknie położona na wysokości tylko 2600 m.n.p.m. Mieszkańców liczy ponad tysiąc z pięknym, nowym kościołem, czekającym na poświęcenie. Przybył też biskup. Bardzo wymowny był moment, w którym alcalde, to znaczy burmistrz wręczał klucze świątyni biskupowi. Ten kościół wybudowali ksiądz Krzysztof i jego parafianie z Curcubamby. Msza była uroczysta. Kilku księży z Polski, pracujących w okolicach odwiedzonej parafii, przedstawiciele władzy lokalnej, żołnierze z pobliskiej jednostki, nauczyciele i uczniowie ze szkoły, parafianie. Biskup miał małą asystę w osobach dwóch miejscowych chłopaków . Byli porządnie ubrani – jednakowo. Trzymali mitrę i pastorał. Miał miejsce mały, komiczny akcydent. Otóż, kiedy biskup wygłaszał kazanie, a nie było krótkie (słynie z długich kazań) jeden z chłopców, zapewne bolały go nogi, usiadł na tzw. Tronie biskupa i sobie siedział. Po kilku dźwiękowych, a charakterystycznych sygnałach z naszej strony, zreflektował się i znowu stanął. Po Eucharysti i poświęceniu świątyni, alcalde zaprosił biskupa i nas na kolację do miejscowej „restauracji”. Takie większe pomieszczenie z kuchnią, a raczej coś podobnego do kuchni. Zaserwowano rosół z kury i inne dania. Jednak ten rosół był wyjątkowy, bo z kury i z gotowanym jajkiem w skorupce. Nie ukrywam, że to mnie trochę zaskoczyło. Wytłumaczyli mi, że to jajko jest po to, żeby zaznaczyć, że rosół jest z kury, a nie koguta czy kurczaka. Inne potrawy to prażona kukurydza, gotowane ziemniaki na zimno, ryż który jest zawsze na stole peruwiańskim, tak jak w Polsce jest chleb.
Wróciliśmy na plebanię, żeby jeszcze porozmawiać, pobyć z sobą, nacieszyć się sobą. Na misjach jest to bardzo cenne, móc spotkać się. Takie okazje do spotkań nie są takie częste, bo praca parafialna (objeżdżanie wiosek), ogromne odległości są często przeszkodą do częstych spotkań. Nieraz trzeba przejechać kilka godzin, żeby wypić kawę, wyspowiadać się. Takie jest życie misjonarza.
Rano wyruszyliśmy w drogę powrotną. Widoki te same, i droga ta sama. Ale inne przygody. Ksiądz Maciek złapał kapcia. Całe szczęście, że zaraz za wioską i że był drugi samochód. Szybko uporaliśmy się ze zmianą koła. Czas nas trochę gonił, bo musieliśmy wrócić do parafii przed siedemnastą. Na tej trasie z Huancayo do Curcubamby jest najwyższy punkt, który liczy 4525 m.n.p.m. dało się odczuć taką wysokość.