Ks. Tomasz Cieniuch

Postanowiłem odwiedzić mojego kolegę, ks. Grzegorza Pańczyka. Pracuje w parafii Puerto Bermudez. Od Limy jest to prawie piętnaście godzin autobusem i taksówką. Przed wyjazdem chodziłem trochę po ulicy, niedaleko miejsca odprawy autobusu. Zobaczyłem bezdomnego. Rozkładał sobie spanie pod drzewem, na placyku przed domem mieszkalnym. Potem młodych ludzi, grzebiących w śmieciach, żeby cokolwiek zjeść. Bez komentarza to zostawiam. Poszedłem sprawdzić autobus, bo były dwa. Pokazałem bilet i usiadłem na moim miejscu. Na moim, ale nie w tym autobusie. Ten mój był wygodniejszy. Kiedy zająłem miejsce w wygodnym skórzanym siedzeniu, zaraz dosiadł się ktoś obok. Rozpoczęła się rozmowa. I okazało się, że mój sąsiad ma przyjaciół w Polsce. Więc było jeszcze więcej ciekawych tematów. Zeszło nam do późna. Przed drogą kupiłem sobie tabletki na wyrównanie ciśnienia, bo przejeżdżaliśmy przełęcz Ticlio w Andach na wysokości 4818 m.n.p.m. Chyba tylko ja miałem problem z tym ciśnieniem. Ludzie z Andów tego nie mają. Czułem jak mrowiły mnie dłonie, zalałem się potem jakbym bardzo się zmęczył. Trwało to tylko krótką chwilę. Potem zasnąłem i spałem aż do rana, to znaczy do La Merced. Pożegnałem się z kompanem podróży i wsiadłem do taksówki i wyruszyłem do Puerto Bermudez. Droga przypominała drogi w Karpatach Wschodnich na Ukrainie. Różnica tylko na pierwszy rzut oka jest w wyglądzie drzew. Są inne.
Rano padał jeszcze deszcz, potem było bardzo gorąco. I wszyscy stali w tym słońcu i mieli jedyną atrakcję dnia, czyli oglądanie defilady. Oczywiście, wcale się z tego nie śmieję, bo ta defilada dla mieszkańców była bardzo ważna. Trwała dobrą godzinę ta manifestacja patriotyzmu, w tym lokalnym świecie. Ale rzeczywistość jest trochę inna. Nie da się tego wszystkiego opisać. Może uda się wrzucić film, który nakręciłem.
Ksiądz Grzegorz Pańczyk jest z mojej diecezji. Byliśmy w tym samym seminarium w Kielcach. Po przygotowaniu do pracy misyjnej w CFM w Warszawie, cztery lata temu przyleciał do Peru i tu pracuje. Jego parafianie, to „Colonos” czyli potomkowie Hiszpanów i mieszkańcy wielu wiosek indian Ashinka. W Puerto Bermudez jest pofranciszkański kościół i stara plebania. Teraz trwa budowa nowego domu, bo obecny już się rozpada. Świątynia też wymaga remontu, a to wiąże się z kosztami. Grzegorz robi, co można zrobić. Żyje z łaski Bożej, jak większość misjonarzy. Dzisiaj kupił na jednej z wiosek sadzonki bananów, które rozplantuje na parafialnym polu, przy plebanii. Te banany są inne jak te, które kupujemy w Polsce. Jeśli ktoś chciałby wspomóc mojego kolegę, to proszę dać znać. Wiele prac w kościele, czy na plebanii wykonuje sam, ponieważ jest taniej i problemem jest to, że trudno jest znaleźć dobrego majstra. Jeśli się taki znajdzie, to trzeba dobrze pilnować interesów. Inna półkula, ale mentalność ludzi to „homo sovieticus”. Jak jeszcze u nas w Polsce bywa niekiedy. Zanim dojechałem do celu, przeprawialiśmy się przez trzy rzeki. Osobowy samochód, marki Toyota pokonywał drogę bardzo szybko. Byłem pod wrażeniem gdy miejscowy kierowca sprawnie pokonywał liczne zakręty, czasami ustępując dużym ciężarówkom. Okolice, w których służy mój kolega Grzesiek są bardzo piękne, ale i niebezpieczne. To już dżungla amazońska. Góry i lasy tropikalne. Po drodze zatrzymujemy się na śniadanie w wiejskim barze. Wypiłem kawę i zjadłem parę ciastek, coś w rodzaju naszych krakersów. W końcu dojeżdżam do Puerto Bermudez. Zaczął padać deszcz. Ciepły, drobny deszcz. Przyjechał po mnie motocyklem Grzegorz. Motor jest powszechnie stosowanym środkiem transportu. Jesteśmy teraz jedynymi „gringo” w miejscowości. Wszyscy ładnie się witają, są uśmiechnięci, życzliwi. Ale swoje wiedzą. Tu ludzie, jak zauważyłem, żyją skromnie. Raczej można wszystko kupić, co do życia jest potrzebne. Życie w małej miejscowości bez asfaltowych dróg, z brakiem jakiejkolwiek sygnalizacji, znaków drogowych, toczy się normalnie. Taka duża wioska w dżungli. Jak raz, trafiłem na święto wioski. Dwudziesta druga rocznica ustanowienia administracji. Wszyscy świętowali. Przygotowano trybunę na głównym placu. Wszystkie jednostki administracyjne, uczniowie wszystkich szkół od najmłodszych do najstarszych, nauczyciele, różne orkiestry, przedstawiciele wiosek indiańskich w tradycyjnych strojach, wszyscy oni paradowali przed lokalnymi władzami oraz mieszkańcami Puerto Bermudez.

Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *