Ks. Tomasz Cieniuch

Miesięczne archiwum: Luty 2014

Kiedy w 2004 roku była na Ukrainie Pomarańczowa Rewolucja, ludzie stojący na Majdanie mieli w sercach nadzieję i pokój. W stalowe tarcze Berkutu wkładali kwiaty… W jakiś sposób uczestniczyłem w tamtych wydarzeniach. Otrzymali kolejny raz jakąś namiastkę wolności politycznej. Poradzili sobie z Kuczmą. Julia Tymoszenko była na fali i Wiktor Juszczenko został prezydentem. Wydawać by się mogło, że będą narodem szczęśliwym. Ale ich szczęście jest reglamentowane. Efektem jest obecna sytuacja na Ukrainie. Oni mają już dość. I nie dziwię się temu. Oni jeszcze nie mają wolności i dlatego domagają się jej. Jednak okazuje się, niestety, że to nie jest prawda, która ich wyzwala. Bo prawda ma budować  dobro. Prawda wyzwala do czynienia dobra. Niebezpieczne jest dla mnie to, że niektórzy chcą jeszcze coś przy tej tragicznej sytuacji ugrać. Mam tu na myśli nacjonalistów, których potocznie nazywamy banderowcami. Tego właśnie najbardziej obawiam się, ze ich dążenia niepodległościowe skądinąd ważne z ich punktu widzenia i recepcji historii, mogą (ale nie muszą) eskalować do poziomu z naszego punktu nie do przyjęcia. Powinni oni uczyć się od nas jak zdobywać wolność. To, co jest w Kijowie na Chreszczatyku nie powinno nigdy zaistnieć. Teraz Ukraińcy nie stoją tam z nadzieją i pokojem w sercach, tylko z desperacją i agresją. Boją się. Podpisana umowa pomiędzy władzą a opozycją jest tylko nikłą próbą złagodzenia początku domowej wojny na Ukrainie. Szkoda, że tak się stało, że zginęli niewinni ludzie. To jest tragiczne. Może być jeszcze gorzej, niestety. Trzeba się modlić, aby oni otrzymali Boże światło i Bożą prawdę. Ukraińcy wiedzą, że nie mogą się już wycofać z Majdanu Niepodległości. Gdyby to zrobili, straciliby wszystko. I szkoda, że nasza władza nie reaguje w żaden sposób na jawne prowokacyjne sygnały UPA wysyłane do nas Polaków.

Czas nieubłaganie płynie. Do wylotu zostały niecałe cztery miesiące. To nie jest raczej łatwy czas. To czas zmagania i nieustanne pytanie siebie i Pana, czy to jest właśnie to, co robię? Noszę w sobie doświadczenie jakiejś formy lęku, może raczej obawiam się o przyszłość.To jest podobne do myślenia św. Piotra, kiedy powiedział do Pana Jezusa: „Nie przyjdzie to na Ciebie…” Riposta Jezusa była jedna: „Zejdź mi z oczu szatanie!” Też często ten swoisty – jeśli mogę użyć tego słowa egzorcyzm, powtarzam. Chyba w każdym z nas dokonuje się taka metamorfoza duchowa. Odkrywam taką zależność, ze kiedy  modlę się w naszej kaplicy, lub gdzieś w innym miejscu o umocnienie wiary i miłości we mnie, to przychodzi pokusa zwątpienia. To przeplata się jakoś we mnie, w mojej duszy. Ale przychodzi pocieszenie i Pan daje swą łaskę. Tak więc, walczę, walczymy o miejsce Jezusa w naszym życiu, w naszych wyborach. On zwycięża. Jest blisko. Jest bardzo blisko! I za to Mu dziękuję… Takie lęki i obawy nie paraliżują lecz pobudzają do duchowego i intelektualnego działania. I to jest fajne, bo nie ma stagnacji. W duszy gra!

Wczoraj podjąłem decyzję o przeprowadzce z czwartego na trzecie piętro. Dołączyła do naszego kursu jeszcze jedna osoba. Cieszę się, że mogę jakoś pomóc. Zamieszkałem u Rafała, mojego kolegi, z którym będę w San Jose del Amazonas, czyli w naszym miejscu posługi misyjnej.

Misje nas kręcą! Ciągle śledzimy wydarzenia z Afryki i oczywiście z naszego Peru. Mogę polecić fajnie pisany blog naszego kolegi, który pracuje w Iquitos: http://www.pablostanios.blogspot.com

Robię dla niego reklamę, bo będę niedaleko do Iquitos. Może daleko? Jeszcze tego nie wiem…

Chciałbym podziękować tym osobom, które podjęły PATRONAT MISYJNY nade mną. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo wiem że moi patroni szczególnie o mnie pamiętają. Bóg zapłać! Jest taka zakładka: PATRONAT MISYJNY, więc zachęcam do poczytania.