Misjonarz w Peru – Wikariat Apostolski San Ramón

Ks. Tomasz Cieniuch

Szczęść Boże wszystkim!

Żyję i asiduo Bogu trzymam się dobrze. Pamiętam o Was, moich Przyjaciołach misyjnych. Końcem czerwca przylatuję na urlop do Polski, to będzie okazja do wspólnego spotkania się. Niestety nie mam dostępu do Internetu. Te słowa piszę siedząc w samochodzie na parkingu i „kradnę” Internet z jednej parafii. Pozdrawiam z gorącego Peru. Jatajana! (to znaczy do zobaczenia w jęz. ashaninka).

Udostępnij

    PIC_0024

    Perú, Indiana dn. 16.o5.2015

    Podziękowanie

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Pragnę wyrazić szczerą wdzięczność księdzu Biskupowi Janowi Piotrowskiemu, Księdzu Łukaszowi Zygmuntowi, Dyrektorowi Dzieła Misyjnego naszej kieleckiej diecezji oraz Wam wszystkim Wiernym, którzy w każdym czasie i na miarę swoich możliwości wspieracie misje katolickie i misjonarzy z naszej diecezji.

    Okazją do wyrażenia wdzięczności i nieukrywanej radości jest fakt otrzymania funduszy na zakup łodzi i silnika.

    Otrzymane pieniądze na kwotę 2000 dolarów są darem serca Drogich Diecezjan, chorych, samotnych, rodziców, młodzieży i dzieci. Wielu spośród Was niejednokrotnie zrezygnowało z jakiegoś innego wymiernego dobra na rzecz wspierania dzieła misji. W tym konkretnym przypadku, mojej osoby i mojego posługiwania w dalekim Peru, w dżungli amazońskiej.

    Zakupiona, ośmiometrowa łódź z silnikiem peke-peke (który jest najbardziej ekonomiczny) będzie mi służyć do odwiedzania sześćdziesięciu dwóch wiosek rozrzuconych nad rzekami: Amazonką, Yanayacu (Janajaku) i Manatí. Do najdalej położonej wioski w naszej misji Indiana trzeba płynąć około szesnastu godzin w jedną stronę.

    Dzięki Darowi Waszych kochanych serc będę mógł realizować wolę Jezusa, by iść (a raczej płynąć łodzią, która nosi imię „San José” czyli Święty Józef) i głosić Jego Dobrą Nowinę. Tu gdzie jestem Ewangelia do wszystkich jeszcze nie dotarła.

    Polecam się Waszej szczerej modlitwie, by każdy z nas – misjonarzy Ad Gentes z naszej kieleckiej diecezji, ks. Marek Bzinkowski na Jamajce, ks. Grzegorz Pańczyk w Peru, ks. Wojciech Skorupa w Kazachstanie, ks. Piotr Pochopień w Brazylii i księża Andrzej Zawadzki i Radosław Stabrawa w Afryce – byśmy byli zdrowi i mieli cnotę cierpliwości, a ponad to wszystko miłość Jezusa w sercu do tych, do których On nas posyła.

    Jeszcze raz serdecznie dziękuję za udzieloną pomoc i polecam Was wszystkich w codziennej modlitwie

    Ks. Tomasz Cieniuch,
    misjonarz w Peru, w Wikariacie Apostolskim San José del Amazonas.

    Jest we mnie ogromna radość, bo mam czym pływać do wiosek. To prawda, że istnieją inne możliwości dotarcia, ale posiadanie niezależnej łodzi jest czymś dobrym.
    Jak zrobili łódź? Bardzo prosto. Potrzebowali drewno, piłę spalinową, maczetę, gwoździe i młotek oraz siekierę. To praktycznie cały warsztat zorganizowany na boisku… dwa tygodnie wystarczyły by była gotowa do zwodowania.

    20150421_110653Musieli panowie rozebrać płot i kawałek kładki, żeby z boiska przepchać łódź do rzeki Napo. Chcieliśmy przetransportować ją nad Amazonkę, ale się nie dało, bo zepsuło się koło przyczepki transportowej. Jest w Mazán druga przyczepa, ale jej właściciel mieszka w Iquitos i nie mieliśmy kontaktu do niego. Więc „nici” z transportu po drodze lądowej. W czasie, gdy robili łódź, szukałem silnika peke-peke. To są najbardziej ekonomiczne silniki. Z ciekawości porównałem ceny w Internecie. Byłem w lekkim szoku, bo w Polsce tego typu silnik kosztuje dwa razy więcej. Ostatecznie znalazłem, odwiedzając wszystkie sklepy w Iquitos, odpowiedni „motor”. Tak więc rzeką Napo i potem przez Orellana Amazonką w górę do Indiany odbył się pierwszy rejs nową łodzią. Wszystko szło dobrze do czasu, aż pękła śruba napędowa i urwał się tłumik. Silnik chodził jak młot pneumatyczny. Dłonie nam popuchły i uszy też, do tego stopnia, że przez trzy dni nie słyszałem prawie nic. Teraz jak pływamy, to zakładamy słuchawki takie jakie noszą na budowie. Cała wyprawa dookoła wyspy trwała jedenaście godzin. W Orellana zrobiliśmy przerwę na odpoczynek i wymianę śruby napędowej. Orellana, która leży na styku dwóch wielkich rzek Amazonki i Napo, jest parafią bez księdza. Pracują tam dwie misjonarki świeckie.

    13 maja, w dzień wspomnienia Matki Bożej z Fatimy biskup José Javier pobłogosławił nową łódź. Odbyła się też mała wycieczka po Amazonce. Na drugi dzień było małe przyjęcie z tej okazji. Teraz jesteśmy na etapie planowania odwiedzin duszpasterskich.

    Obrzęd błogosławieństwa łodziZałatwianie formalności związanych z rejestracją łodzi obyło się bez większych problemów. Czekam teraz na odbiór certyfikatu z portu Marynarki Wojennej Peru. Wykupiłem OC na rok. Zakupiłem wszystko to, co powinno być na wyposażeniu łodzi. Było trochę biegania za tym, ale ostatecznie wszystko jest zgodnie z wymogami i planem łodzi. Jest ona na dziesięć osób i nazywa się „San José” czyli „Święty Józef”, bo św. Józef jest dobrym i skutecznym Patronem.

    Poprosiłem w porcie, żeby wydali mi druczki do zapłacenia w komplecie. Bo jest tak, że za każdy dokument przy rejestracji łodzi trzeba oddzielnie płacić w banku. „Poszli mi na rękę” i pojechałem motocarro do banku. Oczywiście kolejka na zewnątrz i w środku. Umundurowany strażnik pokazał mi ręką gdzie jest kasa. Stanąłem grzecznie w kolejce i kiedy przyszła moja kolej usłyszałem, że „tu zamieniamy tylko banknoty i monety” Tak więc prawie godzina w plecy przez brak czyjejś kompetencji. Stanąłem do drugiej kolejki i znowu jakieś problemy, bo okazało się, że wszyscy w kolejce, starsi ludzie z „przywilejami”. Zdenerwowałem się trochę, bo zaczęły dochodzić tuż przede mną jakieś osoby, tłumacząc że „tu stały”. Więc zrezygnowałem z kolejnej wolnej godziny. Zapytałem tego samego, kompetentnego strażnika gdzie jeszcze jest inny oddział tego banku. Wskazał na jakąś oficynę po drugiej stronie ulicy. Poszedłem i rzeczywiście był oddział tego banku, ale pan bardzo życzliwy powiedział, że nie przyjmuje takich wpłat, bo nie ma koncesji i powiedział, że, na lewo w bramie jest mniejszy oddział tego samego banku. Poszedłem więc i rzeczywiście jest! Poczekałem dosłownie w kolejce piętnaście minut i zapłaciłem wszystkie należności. Wychodząc pomyślałem sobie „co za brak logiki i jaki brak informacji! Ten sam bank, ci sami klienci i każą im stać godzinami w kolejce”. Inny świat…

    Dziękuję za pamięć i modlitwę, za listy i maile które otrzymałem ostatnio. I proszę o więcej, bo mnie również motywują do działania.
    Pozdrawiam z modlitwą w sercu i na ustach.

    Udostępnij

      20150507_095506

      Odbyło się spotkanie dla naszych animatorów. Niestety z powodu powodzi przybyło tylko siedem osób. Reszta pilnowała swego dobytku (tylko pytanie co pilnować, gdy prawie wszystko zalane?). Organizowanie pomocy dla najuboższych? Jak najbardziej, ale przy ich współpracy, a z tą jest już trudniej. Dowiedziałem się, że pomoc otrzymują, ale pieniądze przeznaczone dla dzieci, czy też na zakup tego co najbardziej potrzebne do życia są trwonione. Kobiety (matki) kupują sobie perfumy, a mężczyźni (ojcowie) mają na piwko. Więc jak będę na wioskach, to zdobędę konkretną wiedzę, jak i komu pomóc. Pan Jezus powiedział, że „biednych zawsze będziecie mieć przy sobie, mnie nie zawsze…” I to się potwierdza. Biednych nie brakuje. Brakuje biednych wierzących, biednych szukających Boga w swoim życiu. To jest ogromne wyzwanie dla nas misjonarzy, dla mnie. Budzić potrzebę Jezusa, potrzebę szukania Go w codzienności, w tej ich biedzie jakkolwiek by ją nazwać. I woda w rzekach opada bardzo powoli…

      Na kursie dla naszych animatorów brali udział nasi katechiści. Pochylaliśmy się nad zagadnieniami małżeństwa i rodziny. Mnie przypadło przygotowanie tematu z Starego Testamentu o małżeństwie i rodzinie. Oczywiście zrobiłem trochę błędów językowych, ale dzięki Bogu rozumieli wszystko.

      20150507_114629W Polsce teraz trwają przygotowania do IV Kongresu Misyjnego. Śledzę te wydarzenia na bieżąco i bardzo się cieszę, że w mojej diecezji wiele się w związku z tym wydarzeniem. Nawet nasza młodzież z Indiany zaangażowała się w przygotowania. Dotarły już do Łopuszna „artesanía” czyli wyroby ręczne (wisiorki, różańce, bransoletki).

      20150501_172000

      Udostępnij

        Moi drodzy czytelnicy i fani misji!

        Uprzejmie informuję, że jest już możliwość działania. Zostało aktywowane konto bankowe. Jedyna trudność, to trzeba podać przy wpłacie wszystkie dane BANKOWE zawarte w zakładce: „PATRONAT MISYJNY”. Dla wyjaśnienia podam, że w tej zakładce jest podane inne konto (to pierwsze) dla wpłat złotówkowych „Patronatu Misyjnego”. Niektórzy mnie pytają, czy te wpłaty są „do wspólnej kasy czy dla konkretnej osoby?” Odpowiadam, że dla konkretnej osoby. Wielu z nas, to znaczy misjonarzy, którzy jesteśmy objęci przez ludzi tym patronatem, stanowi dla nas nieocenioną duchową wartość. Bo o to chodzi w tym Patronacie Misyjnym, żeby się za nas misjonarzy każdego dnia pomodlić, a przy okazji jeśli jest taka potrzeba serca dorzucić tak zwany „wdowi grosz”. Natomiast to drugie konto służy do wpłat także dobrowolnych, ale z przeznaczeniem na potrzeby dzieł i pracy misyjnej. Te dzieła i prace, to na przykład kupowanie benzyny, żeby pływać (w moim przypadku) do wiosek, zakup jedzenia (ryż, cukier, sól, olej, jajka), cukierków dla dzieci, środków czystości. Kiedy się odwiedza wioski, ludzie najczęściej  nie mają tych produktów, bo mieszkają bardzo daleko od większego centrum „handlowego” czyli większej wioski. Zakup jakichś materiałów formacyjnych, pomoc materialna najbardziej potrzebującym (tu wszyscy są potrzebujący), organizowanie spotkań, warsztatów dla katechistów i animatorów świeckich. To są tylko niektóre troski misjonarzy. Tak więc dla mnie, pierwsze konto jest kontem rezerwowym, na tak zwaną „czarną godzinę”. To drugie – dolarowe – na konkretne dzieła i prace misyjne. Na szczęście nie kasa jest najważniejsza w posłudze misyjnej. Najważniejsze jest z wiarą w sercu i radością głosić Ewangelię. Opowiadać o Panu Jezusie, o Kościele. I daj Panie Boże nam wszystkim i misjonarzom przede wszystkim żyć Prawdą Ewangelii.

        Chciałbym przy tej okazji bardzo gorąco podziękować tym wszystkim z Was, którzy wspieracie w sposób duchowy i materialny moją posługę misyjną. Tu się żyje z łaski Bożej i ludzkiej. Tutaj w selwie gdy coś się zamierza zrobić, mówi się: „jak Bóg pozwoli…”

        Dla Was kochani dedykuję ten piękny kwiat, który rośnie i kwitnie u nas w dżungli

        20140809_171001

        Udostępnij

          Nikt nie przypuszczał, że Amazonka i Napo ze swoimi dopływami tak „urządzi” ludzi… czyli moich parafian, którzy mieszkają w 62 wioskach rozsianych wzdłuż Amazonki i Napo z ich dopływami.

          Ponad 7,700 gospodarstw z 42 wiosek w dystrykcie Indiana, prowincja Maynas, region Loreto zostały bez dachu, w wyniku wielkiej powodzi. Zarejestrowano blisko 1,900 chat całkowicie zakrytych przez wodę i 38 szkół poważnie uszkodzonych. Pani burmistrz Indiany Janet Reátegui wyjaśniła, że blisko 2,300 dzieci w wieku 0 – 10 lat są w niebezpieczeństwie zachorowania na różnego typu choroby z powodu klęski żywiołowej. “Domy zostały zatopione aż do dachu i jest konieczne ewakuowanie mieszkańców z tych osiedli w miejsca położone wyżej . Podobnie sytuacja przedstawia się ze szkołami, które również są zatopione i dzieci tracą swoje zajęcia lekcyjne”, ogłosiła pani burmistrz.

          Z drugiej strony stymulujemy, żeby zajęcia szkolne szybko się ustabilizowały końcem maja i zawężamy ryzyko chorobami dermatologicznymi, gastrologicznymi i dróg oddechowych pomiędzy tyloma dziećmi z dystryktu Indiany. „Ale także te dzieci mogą być skrzywdzone ponieważ są pozostawione bez opieki rodzicielskiej”. Pani burmistrz wytłumaczyła, że ojcowie i matki muszą przenieść się daleko od wioski, aby poszukać koniecznego pożywienia dla rodziny z powodu wylania rzeki, która zniszczyła plony i że szkoły nie funkcjonują z powodu powodzi. “Dzieci są same, bez nadzoru i opieki dorosłych. Nie dziwi, gdy się widzi, że jakieś dziecko traci życie, ponieważ przypadkiem wpadło do rzeki” wyjaśnia burmistrz Indiany.

          Reátegui rozmawiała z przedstawicielami władzy regionu Loreto i Obrony Cywilnej na temat wysłania do Indiany pomocy, która będzie konieczna aby wesprzeć rodziny, które straciły cały swój dobytek życia. Podkreśliła, że Fundusz Unicefu we współpracy z Ministerstwami Zdrowia, Rozwoju i Pomocy Socjalnej rozpoczęli akcje pomocy i resocjalizacji emocjonalnej dzieci w regionie Loreto poprzez Program Juguemos SonRie (bawimy się śmiejąc).

          Przetłumaczyłem ten tekst ze strony: www.sanmartinenred.com

          Ta powódź dotknęła naszych parafian, bo dystrykt (gmina) Indiana jest terenem naszej misji. Jeśli ktoś z czytających ten wpis chciałby pomóc chociaż w jakimś małym wymiarze na miarę swoich możliwości, to będę wdzięczny, a na pewno przynajmniej niektóre osoby, którym uda się pomóc.

          Początkiem maja u nas w Indianie będzie spotkanie wszystkich animatorów z naszych 62 wiosek, ale ilu z nich przypłynie nie wiemy… Jak się zjawią, to ich dokładnie wypytam jaka jest sytuacja w ich wioskach… i na bieżąco będę Was informować na blogu jak się sprawy przedstawiają.
          Niebawem wybieram się z wizytą do naszych parafian mieszkających nad rzekami, bo tylko nad rzekami mieszkają… I właściwie niektórzy już nie mają gdzie teraz mieszkać. I żeby mówić o Panu Jezusie, jaki jest dobry dla nas, że nas bardzo kocha i jest z nami zawsze, słowa nie wystarczają, potrzebna jest pomoc materialna. Potrzebne są realne i rzeczywiste gesty chrześcijańskiej pomocy i miłości.

          Proszę o modlitwę na tę intencję:

          żeby ci moi parafianie przez rzeczywiste znaki ludzkiej pomocy i solidarności rozpoznali miłujące oblicze Jezusa.

          W poniedziałek płynę do Iquitos załatwić kilka spraw. Założę specjalne konto w miejscowym banku, żeby można było rozpocząć konkretne działania.

          Z Bożą pomocą wiele można uczynić.

          Organizujcie się w grupy, po kilka osób, może w szkole jakaś zbiórka do puszek, w Waszym miejscu pracy, wśród znajomych, może wasz ksiądz proboszcz coś o tym ogłosi w parafii…

          Jest teraz w Kościele Rok Miłosierdzia Bożego, więc moi Kochani do dzieła!!!

          Już dziękuję za zaangażowanie i modlitwą odwzajemniam!

          Udostępnij

            00031[23-22-46]Zakończył się czas Wielkiego Postu. Wszyscy teraz przeżywają Wielkanoc. Chrystus Zmartwychwstał, alleluja! Prawdziwie zmartwychwstał, alleluja!
            Dla mnie końcówka Wielkiego Postu, czyli Wielki Tydzień był trochę hardcorowy… Popłynęliśmy w dół Amazonki do jednej z sześćdziesięciu dwóch wiosek(po drodze odwiedzając niektóre, by zostawić informację o planowanym spotkaniu dla animatorów), należących do naszej parafii, do Palmera II Zona. Wcześniej była podana informacja o tym, że spędzimy w tej wiosce Wielki Tydzień. Okazało się jednak, jak najczęściej tu bywa, że nikt nic nie wiedział.OLYMPUS DIGITAL CAMERAWpłynęliśmy do Puebla… i okazało się, że pół wioski zalała woda. Teraz rzeki się podnoszą i zalewają chacry (pola) i domy umiejscowione dość nisko i blisko rzeki. Tak więc z łodzi, która płynęła po boisku, weszliśmy do jednej chaty. Okazało się, że mieszka w niej córka naszego animatora, który mieszka dwa domy dalej. Potem kolejna przeprawa łodzią na „suchy ląd”. Był problem z noclegiem dla naszej trójki (Ofelia – misjonarka świecka, Dora – starsza katechista z Indiany, i moja osoba). Postanowiono, że zamieszkamy w szkole. Człowiek odpowiedzialny z ramienia władzy za wioskę myślał, że ja będę mieszkał z szanownymi paniami i zdziwił się, że Ofelia nie jest moją „seniorą”, że będę mieszkać osobno. Zaraz potem zorganizowano spotkanie dla wszystkich zainteresowanych naszym przybyciem. Przyszło trochę ludzi, bo chcieli ochrzcić swoje dzieci. Przyświecał im tylko ten cel. Niestety usłyszeliśmy z ust szefa wioski, że oni nie chcą, żebyśmy u nich byli. Ale to była wyłącznie tylko jego fanaberia (na szczęście!). Przypłynęliśmy w sobotnie popołudnie, Na spotkaniu byli obecni szef wioski, gubernator, „apu” czyli szef Indian Yagua, nasz animator, pani z organizacji wspierającej Indian, rodzice dzieci do chrztu. Każdy z władzy się przedstawił i poczyniliśmy pewne ustalenia, co do charakteru naszej wizyty duszpasterskiej. Oczywiście wszyscy mówili że „TAK!” rzeczywistość jak zwykle okazała się inna.00000[22-15-56]Nadeszła Niedziela Palmowa… Mieli być wszyscy zainteresowani chrztami. Przyszło do kilkunastu osób. Czekaliśmy prawie godzinę na towarzystwo. Ale to jeszcze nie było długie czekanie. Odbyła się Msza z procesją, jeśli można to nazwać procesją z gałązkami palmowymi… Po Eucharystii miało być spotkanie przedchrzcielne. Przyszło parę osób. Odbyła się katecheza dla grupy dzieci i młodzieży, poprowadzona przez Ofelię i panią Dorę. Chociaż tyle. Ja poszedłem na zwiedzanie wioski. Wracając spotkałem człowieka, który jak usłyszał, że jestem z Polski, wykrzyknął: „A Łałesa!” chodziło mu o Wałęsę. Rozmawialiśmy również trochę o polskich piłkarzach… Ostatecznie przychodził na spotkania przed chrztem. Ma około 50 lat.
            Dni mijały bardzo powoli…, modlenie, spanie, jedzenie… modlenie, spanie, jedzenie…
            Od Wielkiego Poniedziałku do Wielkiej Środy zasadniczo poza katechezami dla dzieci i młodzieży nic szczególnego się nie działo. Ja raczej agitowałem niektóre osoby, by wzięły ślub kościelny. Ostatecznie zgodził się nasz animator. Don Rafael na 71 lat, jego żona ok. 60.
            Modlenie… miałem sporo czasu na te pobożne czynności. Przez te dni odprawialiśmy Msze prywatnie, bo i tak by nikt nie przyszedł… Odprawialiśmy w moim „pokoju”. Brewiarz, różaniec…normalka.00013[22-36-35]Nadszedł Wielki Czwartek, przeze mnie bardzo oczekiwany! W końcu to mój dzień. Liturgia miała się zacząć o 18.00, ale jak to w selwie zegarków nie noszą, więc zaczęliśmy z lekkim, dwugodzinnym opóźnieniem. Tak było raczej każdego dnia (jednak o 17.00 jakby z zegarkiem w ręku, przychodzili grać w piłkę i kończyli o 18.00, szli następnie do rzeki się myć, i do domu na kolację). Dla mnie był przejmujący moment umycia nóg. Mężczyźni byli z łapanki po Ewangelii. Były kwiaty przy „ołtarzu” i po liturgii adoracja Sanctissimum. Niestety tylko była nasza trójka.00014[22-49-41]Nadszedł Wielki Piątek. Postanowiliśmy pościć. Zresztą w naszych warunkach post i umartwienie były cały czas! Dzielne Ofelia i pani Dora przygotowały Drogę Krzyżową. Ja z naszym animatorem przygotowaliśmy drewniany krzyż. Nabożeństw było zaplanowane na godzinę 16.00. I oczywiście było godzinę później, bo zięć animatora szukał łodzi z silnikiem. Ostatecznie popłynęliśmy na dwie łodzie. Najpierw do trzech domów, potem „suchym lądem” przez całą wioskę, pomiędzy grającymi w „nogę” lub w „siatkę”. Nikt nikomu nie przeszkadzał… liturgia Wielkiego Piątku też była ogromnym przeżyciem. Przy jednej żarówce i prądzie z agregata i przy świecach. Nawet przyszło trochę ludzi, zachęconych wcześniej w czasie Drogi Krzyżowej. Była okazja do spowiedzi, ale nikt nie skorzystał z tej możliwości. Adoracja Krzyża była ciekawa. Zabieram zawsze ze sobą mój krzyż misyjny, więc go powiesiłem na tym z drewna. Ostatecznie podeszło do krzyża kilka osób, tych bardziej „kumatych” w sprawach wiary. Co nie oznacza, że inni są niewierzący… wierzą, tylko brakuje im chrześcijańskiej, katolickiej formacji. Po całej liturgii wszyscy zostali zaproszeni do domu córki animatora na „pasję” Mela Gibsona. Oglądali wszyscy, i dzieci i dorośli. To był miły gest ze strony tych ludzi, bo paliwo do agregata kosztuje.00031[23-25-29]Nadeszła wreszcie oczekiwana przez wszystkich Wielka Sobota. Przez nas oczekiwana, bo najświętsza Noc, przez resztę ze względu na chrzty. Poprosiłem zięcia naszego animatora, żeby przygotował ognisko, to chłop zrozumiał, że ma przygotować mecz piłki nożnej. Wynikło to z tego, że zamiast litery „F” wymawiają „J”, a słowo proste „fuego” znaczy ogień, ognisko, on zrozumiał „juego” czyli gra, zabawa. Ostatecznie, było poświęcenie ognia, ale nie z ogniska, bo padało tylko z świecy olejowej. Na liturgię przyszli o dziwo nawet punktualnie. Chyba tylko z dwóch powodów. Pierwszy – chrzty dzieci, drugi – płacili za paliwo do agregata prądotwórczego. Cała liturgia trwała dobre dwie godziny. Zaśpiewałem nawet „Orędzie Wielkanocne”. Ochrzciłem 13 osób, w tym wspomnianego wcześniej znawcę Wałęsy i piłkarzy i jego trzy córki. Do chrztu przynieśli dziecko również ewangelicy. Raczej matka, bo ojciec, to katolik. Zapytałem, co z nimi będzie, bo on jest „nasz”, a ona też stanowczo potwierdziła, że jest katoliczką. Okazało się, że przeszła do ewangelików, bo kupili jej dużą wieżę. Niestety dla takich motywów ludzie przechodzą i po pewnym czasie wracają do Kościoła. Pobłogosławiłem małżeństwo naszego animatora. Jego pierwsza żona zmarła kilka lat wcześniej, wiec z drugą żył sobie (prawie) po katolicku. Wychowali ośmioro dzieci. To bardzo dobra rodzina. Przyszli rano do mnie, wyciągnęli mnie z mojego namiotu i siedząc w piżamie, zrobiłem z nimi przedmałżeńską katechezę i przygotowałem do spowiedzi świętej. Dla „panny młodej” było to przeżycie, bo spowiadała się pierwszy raz w swoim życiu i przyjęła swoją pierwszą Komunię Świętą. Mieli jedną obrączkę, więc przyszła ślubna żona wybrała sobie swój pierścionek jako znak przymierza małżeńskiego. Ślub miał się odbyć w niedzielę ran, ale „pan młody” powiedział, że lepiej w sobotę po chrztach, bo rano nikt nie przyjdzie, bo będą całą noc się bawić i pić. Tak też się stało. Nawet zatańczyłem z „panną młodą”. Zaprosili nas na wesele. Początkowo mieli opory z tym ślubem, bo nie byli przygotowani. Ani ubrania, ani jedzenia, ani picia. Ale zdrowy rozsądek i ich wiara wzięły górę. Ślub się odbył. Przynajmniej ta jedna para. Inni czekają na lepsze czasy…
            W Poranek Zmartwychwstania Msza była o 8.00. I jak powiedział don Rafael nikt się nie zjawił, oprócz naszej ekipy, jego i animatora z żoną z innej wioski. Wszyscy odpoczywali po Wielkiej Sobocie…
            Jeśli chodzi o nasze żywienie, to mieliśmy ze sobą ryż, cukier i krakersy. Resztę zapewniali ludzie. Więc dieta dzienna była niezbyt rozmaita. Na śniadanie kawa lub quaker (owsianka, niekoniecznie na mleku), lub gotowany ryż. Na obiad ryż i ryba z wody lub smażona, gotowane banany. Na kolację kawa i krakersy. I raz było tak, że obiadu nie było, bo nikt nic nie przyniósł. Kilka razy z zięciem animatora popłynęliśmy na ryby. Łowienie z tzw. trampy czyli sieci lub na żyłkę z haczykiem. Pierwszy sposób przynosi lepsze efekty, bo zawsze jakaś ryba się zaczepi.OLYMPUS DIGITAL CAMERALudzie mieszkający na wioskach nie mają stałego dostępu do prądu, nie mają kafelkowych łazienek, pryszniców. Mają to co najbardziej jest potrzebne do życia. Mają wodę w rzece, w której piorą, myją się. Wodę do picia czerpią z dużej cysterny. Jedzenie w lesie i w rzece. Jak coś jest potrzebne ponad to, przywożą z miasta. Dzieci i młodzież nie mają pełnego dostępu do edukacji, bo na przykład nauczyciel nie zjawia się przez kilka miesięcy z powodów tylko jemu wiadomych. W tym czasie woda zalewa im bananowce i jukę. Ale nie narzekają. Nie lamentują. Przyjmują każdy dzień taki jaki jest dziś. Mówią: „jak Bóg zechce”. Żyją spokojnie… To co mnie zbudowało, to otwartość i gościnność. Nie kradną, jak to czynią ludzie w mieście. Domy nie mają zamków. Potrzebujesz łódź – pożyczasz tę, która jest przy brzegu. Nie jest „różowe” ich życie, ale bogate wewnętrznie. Kierują się w sposób naturalny w stronę drugiego człowieka, ale potrzebują czasu aby zaufać. Zauważyłem to po dzieciach. W pierwszych dniach nie odzywały się do mnie. Pod koniec naszego pobytu z uśmiechami na buziach chętnie odpowiadały na moje pytania. Na wszystko potrzebny jest czas. Myślę, że szczególnie jest on potrzebny na budowanie relacji przyjaźni, chociaż dobrej znajomości i na bazie tego można zacząć ewangelizację. Cały ten czas Wielkiego Tygodnia, spotkania, rozmowy okazał się bardzo cenny dla mnie. Wchodzenie w rzeczywistość misyjną, nie może być jak to się mówi „wchodzeniem z butami” w ich życie, ich kulturę, zwyczaje. Na wszystko jest czas, ale bardzo potrzebna jest święta cierpliwość i uśmiech.

            Udostępnij

              DSCF5327Trzeba coś napisać, bo działo się sporo w ostatnim czasie…
              Skończyły się wakacje szkolne, a dla nas rozpoczął kolejny etap misjonowania. Skończyły się też moje najdłuższe wakacje w życiu. Ale po kolei…
              Po kursie katechetycznym w Indianie popłynąłem do Caballo Cocha. Moje wrażenia z tamtej placówki misyjnej są bardzo pozytywne. Ostatecznie można się przyzwyczaić do ciągłego hałasu za oknami, do jadłodajni i garnków rozstawionych przed drzwiami wejściowymi do domu i znieść w miarę cierpliwie walenie trzonkiem maczety w te same drzwi, żeby otworzyć, bo ktoś potrzebuje liście, żeby przygotować „juanes” czyli „głowy św. Jana”. Jest to danie regionalne z ryżu, jajka i kawałka kurczaka lub juki i ryby i to wszystko zawinięte w duży liść i ugotowane. Swoją drogą bardzo dobre i pożywne.
              W dzień opuszczenia Caballo Cocha dowiedziałem się od jednej z sióstr, że ktoś ukradł albę, w której odprawiałem Mszę św. i wyrzucił ją gdzieś do czyjegoś ogródka. Nie był to jedyny przypadek. Siostra pokazała mi obcięte sznurowadła swoich butów. Ktoś potrzebował, żeby zrobić jakieś maleficium. Tego jest sporo w naszym terenie. Życie duchowe się realizuje. Jest za kogo się pomodlić, co też uczyniłem. Prawda jest taka, że jak się mówi o Panu Jezusie, to takie sytuacje się zdarzają, że komuś to przeszkadza. Święty Michale Archaniele, módl się za nami, bo „któż jak Bóg!”

              20150224_070525Z Głośnej wioski Caballo Cocha wypłynęliśmy rankiem do Iquitos. Podróż trwała prawie dziewięć godzin. Płynęliśmy „rapido” czyli szybką łodzią. Było gorąco w niej, ale znośnie i serwują śniadanie w postaci kanapki i kawy z mlekiem oraz obiad, porcja oczywiście ryżu, kawałek juki i kawałek mięsa. Do picia ciemny napój znanego koncernu (nie będzie reklamy!) lub Inca-Cola (to peruwiański odpowiednik ciemnego) o kolorze żółtym.

              DSCF5245Przybyliśmy do Iquitos. Siostry pojechały do domu rekolekcyjnego „Canatari” na swoje rekolekcje, ja do Punchany, do naszego domu. Trwały przygotowania do asamblei całego wikariatu, dla wszystkich zaangażowanych w pracę misyjną.

              OLYMPUS DIGITAL CAMERAAsamblea jest walnym zgromadzeniem. Trwała tydzień. Spotkanie mieliśmy własnie w „Canatari”. W tym roku tematem przewodnim było hasło: „Familia Cristiana – shungo de la Amazonía” co znaczy: „Rodzina chrześcijańska – sercem Amazonii”. Przybyło na asambleę blisko 140 osób. Była wspólna modlitwa, pochylanie się nad tematem rodziny w oparciu o Pismo św., Magisterium Kościoła, doświadczenia duszpasterskie, zagadnienia moralne i bardzo cenne świadectwa małżeństw i młodzieży.
              Nasz nowy „kapitan” miał okazję „odwiedzić” wszystkie punkty misyjne. Było to również przedstawienie naszego nowego biskupa wszystkim obecnym na naszym zgromadzeniu wikariatu. To była świetna zabawa, przygotowana przez ekipę koordynatorów i poprowadzona przez Dominikę Szkatułę

              OLYMPUS DIGITAL CAMERANasz ksiądz biskup miał okazję poznać chociaż trochę specyfikę organizacji pracy naszego wikariatu. Dla mnie też bardzo ważne doświadczenie misyjne. Chociaż stałem raczej gdzieś z boku, to przyglądając się temu wszystkiemu, podziwiałem organizatorów asamblei. Nasz wikariat cierpi chronicznie na brak kapłanów. Mamy biskupa, kilkunastu kapłanów, prawie trzydzieści sióstr zakonnych, misjonarzy świeckich, animatorów w wioskach, katechistów i kilkunastu kleryków, którzy odbywają formację w WSD św. Augustyna w Iquitos. Chociaż są braki personalne i materialne również, radujemy się z tego co posiadamy…
              Po rozmowach i modlitwach wielu, nasz biskup podjął decyzje dotyczące pracy niektórych osób z wikariatu. Mój kolega Rafał szczęśliwie wyrusza jako proboszcz do El Estrecho nad Putumayo, gdzie ja byłem wcześniej kilka miesięcy. Nowi oo. Franciszkanie popłyną do Santa Clotilde nad Napo, dwóch innych Franciszkanów będą wędrownymi misjonarzami. Jeśli chodzi o mnie, to zostałem posłany do Indiany, do pomocy duszpasterskiej. Będę miał czas na jeszcze głębsze wejście w całą rzeczywistość z którą się „zderzam”, bo jak się dowiedziałem „estoy chocando”, co znaczy dosłownie „jestem zderzający”. Co myślę, to mówię, a to nie jest mile widziane. Mam więc jeszcze czas na aklimatyzację i „resocjalizację” (he, he…). Ale jestem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie mam powodów do narzekania. Mam nadzieję, że ten czas w Indianie, w stolicy wikariatu, wśród ekipy misjonarskiej z Meksyku i obecności naszego biskupa będzie bardzo dobry dla mnie.
              Tak więc zakończyły się wakacje i zaczynam nowy etap w moim życiu kapłańskim i misyjnym. Zaczynam z optymizmem i nadzieją w sercu. Ojciec święty Franciszek w Orędziu na Wielki Post prosi nas o otwartość na braci, o miłosierdzie, by nie być obojętną osobą, nie być obojętnym chrześcijaninem. O to się módlmy, że kiedy dostajemy po tyłku (a nie zawsze słusznie), żeby była w nas dobra motywacja odwrócić się i powiedzieć przebaczam i przepraszam. Ojalá que nuestro Señor Jésus va a estar siempre en el nuestro shungo (corazón).

              Udostępnij

                Z Indiany wybrałem się na parę godzin do Iquitos, żeby poczynić zakupy. Po uzgodnieniu z siostrą, która pracuje w Caballo Cocha i prowadzi sporą grupę młodzieży, w tym zespół muzyczny. Kupiliśmy dla nich perkusję. Zespół gra w każdą niedzielę na Mszach i jeśli nie ma Eucharystii na Liturgiach Słowa. Są bardzo zaangażowani w swojej parafii. I w tym samym dniu przybył do naszego domu misyjnego w Iquitos nasz nowy pasterz. Porozmawialiśmy chwilę, bo zaczęło się całe powitanie. Musiałem jednak wracać do Indiany, więc na obiedzie z biskupem nie byłem. W Indianie, to jest w stolicy naszego wikariatu i siedzibie biskupa trwały intensywne przygotowania do ingresu. Uroczystość była bardzo piękna i radosna. Na zdjęciach widać grupę w niebieskich podkoszulkach, to chór młodzieży z Mazan, Indiany i Caballo Cocha i Indianie Bora i młodzież z Caballo Cocha w strojach plemienia Yagua. Była to prawdziwa uczta dla ducha, a potem w naszej maloce dla ciała.
                Nasz nowy Pasterz jest Hiszpanem. Nazywa się José Javier Travieso Martín, ze zgromadzenia klaretynów. Więc też misjonarz! Dużo pracy przed nim. Nas wikariat nie miał własnego biskupa prawie przez cztery lata. Wszystko spoczywało na barkach bardzo oddanej i przez wszystkich szanowanej Dominice Szkatule. To prawda, że nie była w tym czasie sama, ale to przede wszystkim Ona była i jeszcze zapewne będzie „mózgiem wikariatu”.
                Co do mnie, to nadal czekam na swoje miejsce, tu w selwie. Już niedługo, bo końcem marca nasz biskup powie co i jak i gdzie. Już tak czekam kilka dobrych miesięcy… Mój kolega z Iquitos, ks. Paweł Stanios mawia, że „cierpliwość, to pierwsza cnota misjonarza” i ma rację…
                Pozdrawiam Was bardzo gorąco z gorącego Peru. Pamiętam w modlitwie.

                Udostępnij

                  Zakończył się kurs katechetyczny w Indianie. Moim zajęciem było przyglądać się, słuchać, uczyć… Moje kolejne doświadczenie misyjne. To był bardzo cenny czas. Przede wszystkim czas na modlitwę, poznawanie kultury i uczestników kursu. W większości to młodzi ludzie z naszych punktów misyjnych, rozrzuconych nad czterema wielkimi rzekami Napo, Amazonki, Putumayo, Yavari.
                  Było kilka zabawnych momentów. Już pisałem wcześniej, ze zrobili ze mnie biskupa. Żeby nie było problemów zgoliłem długo zapuszczaną brodę. Nie ukrywam, że chciałem ją zachować do urlopu w kraju, czyli za rok z hakiem. Oczywiście nie poznali mnie, myśleli, że jakiś gość przybył. Innym razem mówiłem kazanie dla jednej z grup przyszłych katechistów. Opowiadałem historię jednego z moich licznych wyjazdów z młodzieżą, jeszcze z moich lat sprzed seminarium. Opowiadałem jak jeden z młodych chłopaków zabrał na wyjazd dużą butelkę sangrii. Wszyscy słuchali z wielką uwagą i zatrwożeniem w oczach. Potem wszyscy wybuchnęli śmiechem, jak zrozumieli o co mi chodzi, o jakim winie mówiłem. Nauczyłem się nowego słówka „sangría” czyli „sangria” – brzmi prawie tak samo, i znaczy po prostu wino owocowe. Jednak ja mówiłem „la sangre”, co znaczy „krew”. Więc ów chłopak zabrał ze sobą dwa litry krwi. Trochę czasu kosztowało, żeby nauczyli się mojego imienia. Niby proste… Jednak bez akcentu na literkę „a” znaczy zupełnie co innego. Więc prawie wszyscy mówią teraz Tomek, ale jeśli nie wymówią „k” znowu będzie znaczyć co innego. Z której strony by nie popatrzeć, moje imię wiąże się z piciem (alkoholu). Na niektórych ich imionach też można sobie zęby połamać, więc jest remis, uważam.
                  W ostatnich dniach kursu popłynęliśmy wszyscy, w różnych grupach do wiosek, by ewangelizować. Wizyty były wcześniej zapowiadane, ale jak to jest w Amazonii, informacje nie zawsze docierają na czas… na szczęście nasza wioska lo wdzięcznej nazwie Timicuro Grande, dzięki mieszkającemu w niej „animadorowi” była bardzo dobrze poinformowana i przygotowana. „Animador”, to animator życia religijnego. Organizuje i prowadzi w każdą niedzielę Liturgię Słowa, lub jakieś inne nabożeństwo.
                  Otrzymaliśmy lokum w szkole. Był dach i podłoga. Kuchnia polowa, czli ognisko. Codziennie przynosiła nam posiłki młoda kobieta. Gotowała z tego, co my przywieźlimy i co ofiarowali ludzie. Jedzenia nie brakowało i było różne. Inne grupy nie miały takiego szczęścia. Jedli tylko banany przyrządzane na różne sposoby, lub tylko ryż. Czyli to, co jedzą mieszkańcy wioski i co tylko mają do jedzenia. Po prostu misje…jednego razu gotowałem na ognisku wodę na kawę. Gotowałem najdłużej w moim życiu, bo aż cztery godziny ii ostatecznie jej nie ugotowałem. Normalnie porażka! Zabrakło mi cierpliwości. Dokończyli moje kucharskie dzieło chłopcy z naszej ekipy. Poranna kawa była po obiedzie. Jak ktoś pragnie survivalu, to zapraszam do selwy.
                  Po kursie katechetycznym zostałem w Indianie do przyjazdu naszego nowego biskupa. Mieliśmy czas, żeby odwiedzić ciekawe miejsce niedaleko Mazan. Popłynęliśmy na Wyspę Małp. Kilka hektarów na Amazonce, zagospodarowanych, by ratować różne gatunki człekokształtnych. Wszystkie te zwierzęta, były kiedyś znalezione w dżungli. Kiedy myśliwi idą na polowanie zabijają duże osobniki i zostają „małpie sieroty”. Małpy są bardzo towarzyskimi zwierzętami, czasami aż za bardzo…

                  Udostępnij